Zwierzenia żony hobbysty-stratega

  • PDF
  • Drukuj
  • Email

Wychodząc za mąż, nie do końca zdawałam sobie sprawę, czym interesuje się mój przyszły mąż. Dopiero kilka dni po ślubie, kiedy rozpakowywał rzeczy w naszym nowym mieszkaniu, uświadomiłam sobie, że to coś więcej niż kilka książek o tematyce historycznej. W jego zbiorach znalazły się bowiem gry wojenne jak „Grunwald” i „Kircholm”, kilka kartonów po butach, a w nich różne modele, figurki żołnierzy w różnych pozach i z różną bronią. Pomyślałam sobie wtedy, że nie jest kłamstwem niemieckie przysłowie: „In jedem Manne steck ein Kind” („W każdym mężczyźnie jest coś z dziecka”). I tak zostało do dziś. Pogodziłam się z tym, że po pracy mąż przeradza się w stratega lub taktyka, maluje małych żołnierzy (ostatnio uwielbia rycerstwo) lub ustawia na kolorowych planszach swoich gier powycinane żetony.

Kiedyś w zimowy, piątkowy wieczór z nudów zagrałam z nim w „Grunwald”. Muszę powiedzieć, że mnie to wciągnęło. Przeniosłam się na kilka godzin w epokę Jagiełły, Witolda i Wielkiego Mistrza i… udało mi się wygrać. Byłam bardzo dumna. Polecam wszystkim żonom, przyjaciółkom, narzeczonym zagrać choć raz ze swymi mężczyznami. Będą na pewno bardzo zadowoleni. W trakcie gry nie należy jednak poruszać przykrych tematów typu: jutro posprzątasz, upierzesz skarpety itp. Należy się skoncentrować wyłącznie na grze. Po kilku takich grach panów można naciągnąć na nowy żakiet, ulubioną płytę Enrique Iglesiasa czy też czekoladki „Ferrero Rocher”. Zapaleniec gier wojennych, kolekcjoner modeli samolotów czy figurek żołnierzy na pewno się ucieszy, kiedy zamiast tradycyjnego dezodorantu, wody po goleniu czy koszuli dostanie w prezencie paczkę z „Armią napoleońską”, grę „Budapeszt” czy najnowszy egzemplarz „Dragona Hobby”. Znając męża, bardziej preferuje takie właśnie prezenty.

Pewnego listopadowego dnia wieczorem, tuż przed imieninami Marcina (mój mąż ma tak właśnie na imię) wybrałam się do sklepu z grami (dawna księgarnia „U Izy” – przyp. redakcji). W sklepie kilku młodych chłopaków grało w „Kretę 1941”, sprzedawca zaś zwrócił się do mnie, że sala z książkami jest w innym pomieszczeniu. Był przekonany, że źle trafiłam. Nie zniechęciłam się i zapytałam, czy jest w sprzedaży „Tannenberg”. Oczy wszystkich zwróciły się w moją stronę. Znajomością tematyki i gier zaskoczyłam chyba chłopaków i sprzedawcę.

Myślę, że warto zainteresować się innymi tematami, dalekimi trochę od kobiecych upodobań. Pozwoli to lepiej zrozumieć męski punkt widzenia. Mimo, że jeszcze nie do końca potrafię odróżnić „Panterę” od „Tygrysa” (według mnie „Tygrys” powinien być zielony w paski, a „Pantera” brązowa w ciapki), to i tak wiele nauczyłam się przez te kilka lat mojego małżeństwa.

Pozdrawiam wszystkie dziewczyny, których mężczyźni mają bzika na punkcie żołnierzyków i gier strategicznych, życząc wytrwałości, cierpliwości i zrozumienia dla ich hobby.

Artykuł pochodzi z czasopisma „Dragon Hobby” nr (10) 2/00

Autor: Kasia Ratajczak-Sowa

Opublikowano 24.06.2008 r.

Poprawiony: piątek, 31 grudnia 2010 11:11