.jpg)
Autor: Tomasz Gliniecki
Wydawca: Bellona
Seria: Historyczne Bitwy
Rok wydania: 2025
Stron: 278
Wymiary: 19,5 x 12,5 x 1,6 cm
Oprawa: miękka
ISBN: 978-83-11-18135-9
Recenzja
Wydana przez Bellonę pozycja „Gdańsk-Gdynia 1945” Tomasza Glinieckiego porusza jeden z bardziej intrygujących mnie epizodów II wojny światowej, gdyż opisuje dramatyczne losy mojej małej ojczyzny. Choć urodziłem się wiele dekad po zakończeniu konfliktu, to i w moich czasach łatwo było znaleźć fragmenty miasta jakby zastygłe od tamtych dni. Wyspa Spichrzów, Dolne Miasto, dziury po kulach na fasadach ogromnej liczby willi i kamienic w całym Trójmieście. Lasy Oliwskie miały czytelne siatki okopów, w których nawet dało się znaleźć niewybuchy i broń. Epizod tym bardziej budzący emocje, gdyż mój dziadek jako miejski konserwator zabytków pracował przy odbudowie wielu gdańskich symboli, a ojciec w swojej pasji historycznej zebrał sporą bibliotekę poświęconą tamtym czasom.
Tym wstępem chciałem niejako wytłumaczyć czytelnikowi, dlaczego akurat pozycję Tomasza Glinieckiego przeczytałem z podwójnym zaciekawieniem i chciałbym wejść w polemikę z niektórymi opisami. Choć dr Gliniecki zapewnił nam wiele prac o losach Pomorza pod koniec II wojny światowej i nie mam kompetencji by podważać jego dorobek, to ośmielę się w kilku punktach z nim nie zgodzić.
Zacznijmy jednak od bardziej błahej strony, a więc wydania. Bellona zapewnia pewien stały standard swoich wydań w popularnonaukowej serii „Historyczne Bitwy”. Jest to standard dość skromny, choć z kilkoma bonusami. Szczupłe rozmiary woluminu umożliwiają autorowi jedynie w umiarkowanym stopniu wyczerpanie tematu, a niejedna sfera zostaje ledwie naświetlona. Pomiędzy stronami znajdzie się kilkanaście kart ze zdjęciami i paroma mapami (te ostatnie są obecnie w kolorze). Niemniej materiał ikonograficzny w mojej ocenie pozostaje nieduży. Do tego mamy jeszcze indeks osobowy i geograficzny. Osobiście życzyłbym sobie o wiele obszerniejszego działa ze zdjęciami lub rysunkami pojazdów, a także więcej map. Nie jest to tylko modelarskie odchylenie od norm społecznych. Po prostu uważam, że dla czytelnika opisanie okrętu lub czołgu, czasem wręcz ledwie wspomnienie nazwy zwyczajowej, może okazać się niewystarczającą formą. Szczególnie z uwagi na to, że w recenzowanej monografii broń jest omówiona w dość generyczny sposób.
A map po prostu nigdy za wiele. Przykładowo, w innej książce tego samego autora „Walkach Armii Czerwonej w delcie Wisły styczeń-maj 1945” umieszczono liczne reprodukcje oryginalnych sowieckich map sztabowych. To byłby też ciekawy dodatek.
Przyznam, że umiarkowanie podoba mi się sposób, w jaki rozwiązano problem przekładu nazw miejscowości i ulic. Są podawane polskie, współczesne. To z jednej strony ułatwia zlokalizowanie wyszczególnionych wydarzeń w teraźniejszości. Z drugiej nieco fałszuje obraz epoki. Optymalnym rozwiązaniem są nazwy podwójne lub tłumaczenie w przypisie.
Drugim problemem redakcyjnym jest dla mnie pisanie nazw niemieckich z małej litery w spolszczonej wersji, np. „pancerfaust”. Nie jest to błąd i wielokrotnie w literaturze czy prasie napotykam „sztukasy” czy „tygrysy królewskie”. Tak samo tutaj. Byłoby już pewnym modelarskim czepialstwem rozważać, czy lepiej „Tiger II” czy zostać przy utartym „tygrysie królewskim”, lecz nadal zachowałbym niemiecką pisownię ze względów estetycznych i pewnej konsekwencji. W jednym zdaniu może pojawić się i „pantera” (pisana małą literą, bez niemego „h”), i „Jagdpanther”. Sowieckie czołgi „IS-2” są opisywane wyłącznie jako „Józef Stalin”. Tego również nie mogę zaliczyć do grona błędów, gdyż te maszyny tak właśnie się nazywały. Ale już działa samobieżne występują w skróconej formie. Ogólnie militaria są opisane pobieżnie. Co ciekawe, w wykazie niemieckich jednostek wyszczególniono dość dokładnie, jakie typy pojazdów się tam znajdowały. U Rosjan już nie. Obawiam się jednak, że i tak dla osoby spoza grupy zainteresowań „działo pancerne Hetzer” będzie znaczyło tyle, ile mu podpowie Wikipedia.
Jak wygląda sama treść? Opisy batalistyczne to w dużej mierze wymienienie numeru jednostki i jaki miała szlak bojowy. W tych i tych dniach atakowała na tym a tym odcinku, a potem jakie inne jednostki walczyły na innym. Taki suchy raport ma swoje atuty, wszak przekazuje mniej lub bardziej precyzyjne informacje o przesuwaniu się frontu. Czytelnik uzyskuje jakieś wyobrażenie sytuacji. Z drugiej strony, to kiepsko się czyta, a literatura popularnonaukowa powinna przekazywać wiedzę w sposób ciekawy. Autor starał się uatrakcyjnić tekst cytatami np. ze wspomnień lub innych źródeł, lecz nie sposób znaleźć odpowiednie dla każdego epizodu. W efekcie niektóre fragmenty książki przypominały szachownicę suchych opisów i beletrystycznych relacji.
W celu zwiększenia przejrzystości, umieściłbym parę tabel, które mogłyby zastąpić blok tekstu z wypisanymi jednostkami, a także podsumowałyby niektóre etapy działań. Straty obu stron, daty, zmieniającą się długość frontu. Sądzę jednak, że to przekracza możliwości takiego oszczędnościowego wydania.
Niezależnie od tego muszę przyznać, że takie częste oddawanie głosu źródłom (raportom, zeznaniom), jak i innym autorom, w tym wspomnieniom, świadczy o dobrym naukowym warsztacie Tomasza Glinieckiego. Kluczową rolę ogrywa Hans Schäufler, który w pewnym sensie stał się przewodnikiem przez rozdziały poświęcone walkom w mieście i jego ewakuacji. To oczywisty wybór. Napisana przez Schäuflera książka „Pantery nad Wisłą. Żołnierze ostatniej godziny” to bardzo ciekawa i kluczowa pozycja do poznania walk 1945 roku na tym obszarze. Niemiecki pancerniak dał pierwszoosobowe świadectwo wydarzeń, jednakże będąc osobą reprezentującą określoną stronę posiadał nastawienie dalekie od obiektywnego i jego wspomnienia należy traktować z właściwą dozą ostrożności. Niemcy też mieli swoją literaturę martyrologiczną „ku pokrzepieniu serc”. Dlatego cytowanie i opieranie się na takich relacjach wymagałoby obszernego komentarza historycznego. Szczególnie widać to w opisach batalistycznych, w których człowiek ma jakąś naturalną tendencję do przesady.
Zdaję sobie sprawę, że literatura popularnonaukowa, szczególnie takiego kompaktowego formatu, nie ma szans drobiazgowo wyjaśnić różnych kwestii i autor, nawet mimo szczerych chęci, skazuje czytelnika na weryfikację przedstawionych informacji i nierzadko przyczynia się to do powstawania mitów (których obalanie nomen omen znajduje się w kręgu zainteresowań Tomasza Glinieckiego). Z jednej strony historyk niepewne informacje uzupełnia o tryb przypuszczający, z drugiej nie zawsze tak się dzieje i samo zasugerowanie „iż podobno tak było” nie rozwiązuje sprawy. Oto przykład, może nie najważniejszy, lecz osobiście uważam go za ciekawy:
Kwestia umocnień na górze (wzgórzu) Donas.
Wzgórze Donas znajdujące między Dąbrową (dzisiejsza dzielnica Gdyni) a Chwaszczynem, zostało przedstawione jako swego rodzaju twierdza, wyposażona w solidne zasięgi, cztery rzędy okopów i cztery schrony żelbetonowe. To ostatnie zastanawia mnie najbardziej. W ten sposób można określić zarówno malutkie schrony typu „Garnki Kocha”, a więc betonowe walce z kopułą dla jednego chudego strzelca, bardziej przypominające studzienkę. Ale i typowe bunkry mieszczące cięższą broń. Jedna i druga opcja wydają mi się dalece nieprawdopodobne.
Jeśli umocnieniami stałymi były takie mikro-konstrukcje, to nie stanowiłyby one godnego przeciwnika dla szturmujących Rosjan, szczególnie wyposażonych w broń pancerną i artylerię. Dla nich o wiele groźniejszym wrogiem były zainstalowane na Donasie przeciwlotnicze osiemdziesiątkiósemki, które faktycznie stawiły solidny opór.
Na wzgórzu nie zachowały się żadne ślady po większych betonowych konstrukcjach. Mamy takie np. na nieodległej Górze Markowca, dające wyobrażenie, jak hipotetycznie mogły one wyglądać na Donasie. Niemniej brak najmniejszych pozostałości w mojej ocenie stawia pod znakiem zapytania istnienie takich obiektów. Góra Donas po wojnie została zalesiona, a dzisiaj stoi tam wieża telekomunikacyjna. Zatem nie prowadzono ciężkich prac budowalnych, mogących skutecznie zatrzeć ślady. Niemniej niektórzy pasjonaci historii wierzą w istnienie tych obiektów. W ramach anegdoty przytoczę opowieść stróża wspomnianej wieży. Niegdyś opowiadał mi, iż w trakcie poszukiwania bunkrów znalazł miejsce, które wyjątkowo skutecznie wchłania wodę, na przykład opadową. I szybko wysycha. Co znaczyłoby, iż w tym miejscu znajduje się jakaś podziemna, ukryta przestrzeń.
Dowodów brak.
Być może bunkry pojawiły się w przytaczanych przez autora sowieckich relacjach, gdyż stanowiły wygodne wyjaśnienie trudów zdobycia tej niedużej pozycji. Tak czy siak, pojawia się też informacja o zagarnięciu przez Rosjan dziesięciu dział i trzystu jeńców. Do liczby pokonanych Niemców należałoby również doliczyć tych, którzy „zginęli pod gruzami żelbetowych schronów”. Biorąc pod uwagę niewielki obszar, trudno byłoby tam zmieścić równie pokaźny dywizjon.
Podsumowując, istnienie umocnień stałych na Donasie jest w mojej opinii mocno wątpliwe.
Drugim przykładem jest wspomniany w treści czołg typu „Tygrys” (tym razem pisany z dużej i w cudzysłowie), który miał bronić rejonu Młyna Prochowego. Z braku amunicji został zamieniony w stały punkt oporu i podobno zniszczył aż 12 sowieckich pojazdów.
Walczące w Gdańsku Tygrysy II z 503. Batalionu Czołgów Ciężkich to temat dyskusji wśród pasjonatów i mieszkańców od kiedy sięgam pamięcią. Ich dokładny szlak bojowy i liczba pozostaje mglista. Istnieje też sporo lokalnych legend o tajemniczych wrakach ukrytych tu i ówdzie, np. pod ulicą Słowackiego. Tak czy siak z braku porządnych danych nie jestem w stanie kategorycznie nie zgodzić się z umiejscowieniem w Dolinie Ewy Tygrysa, szczególnie pozostawionego na stałe. Ale… przede wszystkim, najbliższe sąsiedztwo Młyna Prochowego to dość wąska dolina o stromych zboczach i sowieckie natarcie nie miałoby fizycznej możliwości upchnąć tam aż dwunastu maszyn… i stracić. Sam Młyn Prochowy stoi do dzisiaj i nie widziałem na nim śladów po ostrzale z broni ciężkiej, a takich należałoby się spodziewać. Wszak unieruchomiony czołg ciężki skupiłby na sobie uwagę artylerii. No i po trzecie, o ile od starszych mieszkańców Oliwy dało się zebrać relacje o poszczególnych wrakach stacjonujących w okolicy (lub nawet na podwórkach zobaczyć fanty z nich zdjęte), to nie spotkałem się z relacją o Tygrysie ani tym bardziej o pogromie T-34. Łuski od dział czołgowych i wystrzelone Panzerfausty miałem okazję ujrzeć osobiście w tamtych terenach, co świadczy o użyciu w walkach broni pancernej. Lecz Tygrys kontra połowa kompanii to już chyba przesada.
Do kontrowersyjnych zaliczyłbym też kwestię z jaką autor wyczerpał problem zbrodni popełnianych przez obie strony. Proszę nie zrozumieć mnie źle. Nie uważam, aby historyk, niczym sędzia, miał debatować nad moralnością ludzi i ich działań sprzed kilkudziesięciu lat. Wręcz wolałbym, aby się od tego wstrzymał, przedstawiając po prostu jak najszerzej fakty i ich kontekst.
Niemieckie zbrodnie wobec własnej ludności cywilnej zostały wielokrotnie wspomniane, a autor powstrzymał się od wydawania wyroków, skupiając się na relacji. I bardzo to cenię. Niemniej odniosłem wrażenie, iż autor, być może nie do końca zamierzenie, stara się na siłę usprawiedliwiać postępowanie czerwonoarmistów. Cytując: „Wróćmy jednak do traktowania przegranych. Opisując przejawy braku humanitaryzmu, nie można bowiem zapomnieć, że Sowieci mieli powody do stosowania okrutnej zemsty”. Być może autor posiadał intencję przedstawić motywację działań Rosjan. Odbieram to jednak jako niepotrzebną próbę uniewinnienia. Szczególnie, że Niemcy nie zostali potraktowani z podobną „wyrozumiałością narratora”. I choć zbrodnie Rosjan ogólnie są opisane, o tyle: „Nie powinniśmy też pomijać oficjalnych, choć niezbyt skutecznych prób zapobieżenia rozlaniu się zemsty na Niemcach”. I znowu, okrutne postępowanie reżimu hitlerowskiego wobec obywateli III Rzeszy niewidzących sensu w dalszej walce nie zostało podobnie „wyjaśnione”. Uważam, że brakuje tutaj historycznej bezstronności.
Gwoli uczciwości trzeba napisać, że represje Sowietów wobec Gdyni i Polaków zostały wspomniane, lecz niewiele powiedziono o podpaleniach Gdańska już po zakończeniu walk, co doprowadziło do unicestwienia zabudowy Śródmieścia i części Wrzeszcza.
Odniosłem wrażenie, że z grubsza „Gdańsk-Gdynia 1945” to przedstawienie w czytelnej i przystępnej formie danych z sowieckich archiwów, nieco z niemieckich i wplecione w to wspomnienia. Za to należy się pochwała. Brakuje jednak trochę analizy naukowej, komentarza współczesnego badacza. Owszem, kilkukrotnie cytowane teksty są opatrzone ostrzeżeniem, iż prezentują subiektywny punkt widzenia. Autor uczula, że wiele zdjęć sowieckich zostało wykonane już po zakończenia walk i są pozowane, a portretowane pojazdy typu ISU-122 w ogóle nie wzięły udziału w starciach. Spodziewałbym się jednak czegoś bardziej rozbudowanego, szczególnie próby wyjaśnienia, dlaczego walki o Pomorze Gdańskie toczyły się stosunkowo długo, biorąc pod uwagę wyczerpanie obrońców i przewagę materiałową atakujących. Dlaczego Kriegsmarine wciąż mogło służyć wsparciem artyleryjskim? I choć pokrótce opisać zmianę kulturową, która zaszła na wskutek zniszczenia Trójmiasta i jego odbudowy w nowej rzeczywistości.
Przechodząc powoli do podsumowania, „Gdańsk-Gdynia 1945” to dobry materiał wprowadzający nowo zainteresowaną osobę do tematyki walk o Pomorze Gdańskie pod koniec II wojny światowej. Treść zapewnia podstawową dawkę faktów, jednakże ich „obróbka” powinna skłonić do dalszego zgłębiania sprawy i szukania wyjaśnień rzeczy pominiętych lub ujętych skrótowo. Przewiduję, że pasjonaci militariów i batalistyki będą średnio usatysfakcjonowani. Wiarygodnych opisów sprzętu jest jak na lekarstwo, a sposób przedstawiania taktyki walczących wojsk opiera się na cytatach, a nie na analizach. Niewiele też wspomniano o polityce, w tym opóźnianej przez partyjnych działaczy ewakuacji ludności cywilnej. Z grubsza monografia skupia się na ruchach wojsk i ponoszonych przez nie stratach.
Wydaje mi się, że książka spełnia swoją funkcję założoną w tej serii, w moim odczuciu dedykowanej przede wszystkim czytelnikom mniej zaawansowanym w danym temacie. Równocześnie nie stanowiła lektury, która swoją narracją szczególnie mnie porywała, jak i wnosiła wiele do tematu, nawet jeśli w bibliografii nie brakowało nowych pozycji.
Autor: Jakub Orłowski
Opublikowano 29.11.2025 r.
| « poprzednia | następna » |
|---|





















