Wywiad z Autorem: Cezary Namirski

  • PDF
  • Drukuj
  • Email

Cezary Namirski

 

Specjalizujesz się w historii Wysp Brytyjskich. Koncentrujesz swoją uwagę na średniowiecznej Irlandii i Szkocji. Wcześniej pisałeś także o dziejach i pradziejach Sardynii i Balearów. Co sprawiło, że zająłeś się historią Wysp?

Rozpoczynając studia w Wielkiej Brytanii na uniwersytecie w Reading byłem zainteresowany przede wszystkim prehistorią, początkowo głównie środkowej części Morza Śródziemnego, jednak wkrótce niemal codzienne obcowanie z archeologicznym dziedzictwem Anglii sprawiło, że tematyka ta stała się mi nie mniej bliska. Początkowo interesowała mnie głównie brytyjska prehistoria, ale z czasem historia i archeologia średniowieczna, obecne niemal na każdym kroku, również mnie pochłonęły.

 

Czy istnieje w Polsce zainteresowanie tą tematyką wśród historyków i archeologów oraz wśród czytelników?

Mam wrażenie, że do wzrostu zainteresowania czytelników tematyką średniowiecza Wysp Brytyjskich przyczyniło się ukazanie się w ciągu ostatniej dekady szeregu popularnonaukowych opracowań poświęconych zarówno wczesnemu, jak i późnemu średniowieczu na terenie Anglii – wystarczy wspomnieć choćby „Podbój normański” Marca Morrisa czy „Wojnę Dwóch Róż” Dana Jones’a. W większości są to przekłady dzieł autorów brytyjskich i opisują one głównie historyczną stronę średniowiecza Wysp Brytyjskich, podczas gdy archeologia tej części Europy (zarówno średniowieczna, jak i pradziejowa) pozostaje w Polsce tematem dość niszowym.

 

Dun Carloway (fot. Cezary Namirski)

 

Studiowałeś później także i obroniłeś doktorat z archeologii na uniwersytecie w Durham, w północno-wschodniej Anglii. Czy miało to związek z wyborem specjalizacji?

Wybór Durham po ukończeniu licencjatu miał związek z moim wieloletnim zainteresowaniem archeologią Sardynii – na uniwersytecie w Durham pracuje prof. Robin Skeates, jeden z niewielu archeologów w tej części Europy zajmujących się Sardynią, stąd też taki wybór uczelni był dla mnie naturalny, a archeologia drugiej największej wyspy Morza Śródziemnego pozostaje jednym z moich głównych obszarów zainteresowań badawczych (zarówno moja praca licencjacka, jak i magisterska oraz doktorska były poświęcone pradziejom Sardynii). Aplikując do Durham w 2012 r. jeszcze nie wiedziałem, że studia w tej części Anglii otworzą nowe kierunki mojego już rozwijającego się wtedy zainteresowania archeologią Wysp Brytyjskich – bliskość największych brytyjskich koncentracji prehistorycznej sztuki naskalnej (hrabstwa Northumberland i Yorkshire) oraz obszarów wczesnośredniowiecznego osadnictwa skandynawskiego sprawiły, że szybko „przesiąknąłem” tą tematyką. To właśnie dzięki studiom na północnym wschodzie Anglii powstała moja książka „Prehistoryczna sztuka naskalna Wysp Brytyjskich”, owoc wieloletniego przemierzania wzdłuż i wszerz zwłaszcza północnej Anglii oraz Szkocji w celu dokumentowania datowanych na neolit i wczesną epokę brązu rytów naskalnych, które rozsiane są tysiącami w brytyjskim krajobrazie.

 

Czym różnią się studia w Anglii od tych w Polsce?

Jest mniej obowiązkowych zajęć w formie wykładów, za to uczelnie stwarzają ogromne możliwości w zakresie dostępu do sprzętu, technik badawczych, literatury i specjalistów, co pozwala rozwijać swoje zainteresowania. Relacje naukowe pomiędzy profesorami a studentami są niejednokrotnie niemalże partnerskie. Taki model studiów wymaga samodyscypliny i własnej organizacji pracy – archeologia jest jednak nie tylko moim zawodem, ale i pasją, stąd też nigdy nie miałem z tym problemów.

 

 

Jedną z pierwszych Twoich książek popularnonaukowych poświęconych historii Wysp i zarazem debiutem w serii „Historyczne Bitwy” wydawnictwa Bellona jest „Fulford – Stamford Bridge 1066” (wyd. Bellona, 2021 r.). Wcześniej opublikowałeś w Towarzystwie Wydawniczym „Historia Iagellonica” kilka książek poświęconych głównie okresowi prehistorycznemu. Wydaje mi się jednak, że to były nieco innego rodzaju publikacje. Wydarzenia rozgrywające się w 1066 roku na terenie Anglii są powszechnie znane, ze względu na brzemienne skutki, jakie przyniosły dla dalszych jej dziejów. W kontekście zwycięskiej dla Haralda Hardrady bitwy pod Stamford Bridge powstaje jednak pytanie, czy bitwa pod Hastings musiała zakończyć się tak jak się zakończyła?

Wydarzenia roku 1066 mają ogromny potencjał do dywagacji z zakresu historii alternatywnej i spekulacji co mogłoby się wydarzyć, gdyby świeżo koronowany król Harold Godwinson oraz dwóch pretendentów do angielskiego tronu, normański książę Wilhelm i król Norwegii Harald III Srogi, podjęli inne decyzje. Choć klęska norweskiej inwazji z września 1066 r. jest w powszechnej świadomości w cieniu bitwy pod Hastings, to jednak kampania Haralda Srogiego niewątpliwie wpłynęła na dalszy bieg wydarzeń – choć Godwinson zwyciężył pod Stamford Bridge, to północne siły Edwina i Morkara zostały rozbite przez Norwegów pod Fulford, zaś sama bitwa pod Stamford Bridge była niezwykle krwawa, a na adekwatne uzupełnienie poniesionych strat ostatni anglosaski król miał niewiele czasu, co zapewne przyczyniło się do jego klęski pod Hastings. Nigdy nie dowiemy się, czy świeża anglosaska armia, nie poniósłszy strat w walce z Norwegami, nie zdołałaby odeprzeć inwazji Wilhelma.

 

 

W tym samym roku co „Fulford – Stamford Bridge 1066” ukazała się także Twoja pierwsza książka w serii „Pola Bitew” wydawnictwa Inforteditions – „Ballaghmoon 13 IX 908” (wyd. Inforteditions, 2021 r.). W przeciwieństwie do wspomnianego wcześniej HB-eka, podejmujesz w niej temat zupełnie u nas nieznany. Czytelnik zostaje rzucony w tajemniczy, zgoła bajkowy świat wczesnośredniowiecznej Irlandii, z jej zagmatwaną historią polityczną. Królowie-biskupi, lokalni władcy noszący tajemniczo brzmiące tytuły, skomplikowane układy i relacje dyplomatyczne między nimi – wszystko to nie przystaje do tych wydawałoby się prostych czasów. Poruszasz tak naprawdę wiele wątków. Jakie cele stawiałeś sobie przystępując do pisania tej książki i co ciekawego jest w irlandzkiej wojskowości tamtego okresu?

Sytuacja wczesnośredniowiecznej Irlandii była bardzo specyficzna. W starożytności wpływy rzymskie były na Zielonej Wyspie wydają się znikome, co widzimy dziś w materiale archeologicznym, zaś rozwój tamtejszych wczesnośredniowiecznych społeczności odbywał się do przybycia wikingów przy stosunkowo niewielkim stopniu obcych wpływów. To stworzyło warunki, w których ukształtował się niezwykle skomplikowany system polityczno-społeczny, charakterystyczny dla Irlandii. Jednym z moich celów w Ballaghmoon 13 IX 908 było przybliżenie tej rzeczywistości zarówno od strony politycznej, jak i militarnej, skupiając się na południowych gaelickich królestwach Munster, Leinster i Ossory. Sama bitwa jest jedną ze stosunkowo lepiej udokumentowanych we wczesnośredniowiecznych gaelickich źródłach (aczkolwiek najobszerniejsza relacja, zawarta we Fragmentarycznych Rocznikach Irlandii, została spisana prawdopodobnie dopiero w XI w.), a jej przegrany, rządzący rozciągającym się na południowym zachodzie Irlandii królestwem Munster monarcha-biskup Cormac mac Cuilennáin, jest jedną z ciekawszych postaci irlandzkiego średniowiecza – analiza jego życia i panowania pozwala na zilustrowanie niektórych dynamik wczesnośredniowiecznej sceny politycznej Zielonej Wyspy. Interesującym aspektem są też wczesnośredniowieczne fortyfikacje, wśród których widzimy formy charakterystyczne dla Irlandii – tysiącami występują w krajobrazie Zielonej Wyspy koliste ringforts, spośród których najmniejsze były pojedynczymi gospodarstwami chronionymi wałem, zaś wśród największych były silnie ufortyfikowane siedziby królewskie.

 

 

Kolejna Twoja publikacja to „Homildon Hill 14 IX 1402, Shrewsbury 21 VII 1403: triumf i klęska rodu Percy” (wyd. Inforteditions, 2022 r.). Ponownie zdecydowałeś się na formułę serii „Pola Bitew”. Tym razem mamy do czynienia ze starciem na pograniczu szkocko-angielskim z epoki późnego średniowiecza. Są to czasy wojny stuletniej, kiedy na polach bitew królowali angielscy yeomani uzbrojeni w legendarne długie łuki. W starciach, którym poświęcona jest ta książka, także dali o sobie znać. Zawsze zastanawiało mnie jak to się stało, że Szkotom nie udało się opanować tego oręża na tyle by móc przeciwstawić Anglikom analogiczne jednostki. Stykali się z nim już w I poł. XIV wieku i to właśnie łucznicy w decydujący sposób przyczyniali się do ich klęsk. Na co liczyli stając do walki z przeciwnikiem dysponującym oddziałami wyposażonymi w tak znakomitą jak na owe czasy broń dystansową?

Długi łuk, którego użycie Anglicy opanowali do mistrzostwa m.in. dzięki legislacjom królewskim nakazującym ćwiczenia łucznicze, był bronią, na którą Szkoci przez długi czas nie mieli dobrej odpowiedzi – już pod Falkirk w 1298 r. angielscy łucznicy walnie przyczynili się do zwycięstwa armii Edwarda I nad wojskami Williama Wallace’a, a jeszcze w 1402 r. pod Homildon Hill sir Archibald Douglas próbował zająć położoną na stromym wzgórzu pozycję, by stamtąd się bronić, a okazała się ona dla jego wojsk pułapką. Warto zauważyć, że swoje największe zwycięstwa nad Anglikami Szkoci odnosili wtedy, kiedy angielscy łucznicy zostali wyeliminowani bądź z różnych powodów nie mogli wziąć udziału w walce – w 1314 r. pod Bannockburn szarża konnicy szkockiej rozproszyła łuczników, w 1388 r. pod Otterburn angielscy łucznicy nie mogli szyć z powodu zapadających ciemności i braku widoczności, zaś w 1421 r. pod Baugé książę Clarence podjął nierozważną decyzję o zaatakowaniu liczniejszej armii francusko-szkockiej bez dostatecznego wsparcia łuczników, co zakończyło się katastrofą.

 

 

W „Clontarf 1014” (wyd. Bellona, 2023 r.) wracasz do wczesnośredniowiecznej Irlandii. Tytułowa bitwa w Polsce jest niemal zupełnie nieznana, za to dla Irlandczyków stanowi odpowiednik naszego Grunwaldu. Jak na ironię, zdarzyło mi się jakiś czas temu spotkać w Polsce studenta z Irlandii, który nie miał o niej pojęcia. Dzięki temu, że przeczytałem Twoją książkę, mogłem go dokształcić na temat historii jego własnego kraju. Co sprawiło, że Irlandczycy nadają tej batalii takie znaczenie? Podobnie jak wiele przełomowych wydarzeń, i to uległo z upływem czasu mitologizacji. Ile jest w opowieściach o tej bitwie prawdy, a co stanowi legendę?

O pozycji bitwy pod Clontarf w świadomości narodowej Irlandczyków świadczy m.in. nawiązywanie do niej jako do narodowego zwycięstwa przez irlandzką propagandę patriotyczną w czasach walki o niepodległość przeciwko Brytyjczykom, a także wystawa czasowa otwarta w 2014 r. z okazji tysięcznej rocznicy bitwy w dublińskim National Museum of Ireland. Uproszczeniem jest jednak postrzeganie Clontarf jako irlandzkiego zwycięstwa przeciwko skandynawskiemu najeźdźcy – bitwa ta była bardziej efektem wewnątrzirlandzkiej rywalizacji dynastycznej, a zarówno Irlandczycy, jak i wikingowie walczyli w niej po obu stronach (sprzymierzeńcem dublińskich i orkadzkich wikingów był zbuntowany gaelicki król Leinster Máel Mórda, zaś po stronie arcykróla Briana Boru prawdopodobnie walczyły kontyngenty wikingów z Cork i Limerick). Należy przy tym pamiętać, że na początku XI w. wikingowie już od dłuższego czasu stanowili integralną część politycznego systemu Irlandii, niejednokrotnie wchodząc w sojusze z gaelickimi władcami, nie byli więc jedynie obcym elementem. Odtworzenie przebiegu bitwy jest trudne, gdyż najszczegółowiej opisujące ją źródło, Cogadh Gaedhel re Gallaibh („Wojna Irlandczyków z cudzoziemcami”), ma charakter propagandy munsterskiej dynastii Dál Cais i zostało spisane prawdopodobnie dopiero w XII w. (choć niektórzy badacze przesuwają to datowanie na schyłek XI w.). Tym niemniej, krwawa batalia pod Clontarf do dziś pobudza wyobraźnię i dziwić się można, że nie stała się dotychczas kanwą filmu.

 

 

Trzeci w Twoim dorobku HB-ek to „Halidon Hill 1333” (wyd. Bellona, 2024 r.). Za jego sprawą ponownie przenosimy się na pogranicze szkocko-angielskie, u progu wojny stuletniej. Doszło wówczas do konfliktu, który zyskał później miano II wojny o niepodległość Szkocji, na jakiś czas stając się jednym z frontów wieloletniej konfrontacji monarchii Kapetyngów i Plantagenetów. Po zwycięstwach Williama Wallace’a i Roberta Bruce’a, unieśmiertelnionych w kulturze popularnej za sprawą filmu „Braveheart”, przychodzi dla Szkotów czas klęsk. Bitwa pod Halidon Hill była jedną z największych, jakie kiedykolwiek im się przytrafiły. Co legło u przyczyn niepowodzeń Szkotów? Przesądził brak wodza na miarę Roberta Bruce’a czy Anglicy okazali się roztropniejsi niż za panowania Edwarda II?

Polityczna sytuacja Szkocji była na początku lat 30. XIV w., pomimo sukcesów militarnych i politycznych Roberta Bruce’a, bardzo trudna. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy była małoletniość Dawida II, syna i następcy Roberta Bruce’a, ale też nierozwiązany, palący problem tzw. wywłaszczonych. Byli to szkoccy bądź anglo-szkoccy możni, których majątki w Szkocji zostały skonfiskowane za panowania Roberta Bruce’a i rozdane zwolennikom panującej dynastii. Po śmierci króla Roberta dążyli oni do odzyskania swoich włości i pozycji politycznej, czemu początkowo po cichu, a później już zupełnie otwarcie sprzyjał król Anglii Edward III, który był władcą zdecydowanie bardziej utalentowanym i energicznym aniżeli jego nieudolny ojciec Edward II. Sprzymierzona z Anglikami opozycja wobec dynastii Bruce skupiła się wokół Edwarda Balliola, syna panującego w latach 1292-1296 króla Szkocji Jana Balliola. Balliol został koronowany na marionetkowego władcę i poczynił ogromne ustępstwa terytorialne na rzecz korony angielskiej. Podzielona w ten sposób Szkocja, mająca mniejszy potencjał gospodarczy i militarny niż Anglia, na krótką metę ponosiła druzgocące klęski, jak na Dupplin Moor i rok później pod Halidon Hill. W dłuższej perspektywie czasowej Edward III nie był jednak w stanie utrzymać kontroli nad tak trudnym do spacyfikowania i rozległym krajem, a jednoczesny konflikt z Francją sprawił, iż nie mógł poświęcić wojnie ze Szkocją dostatecznych środków. Ponadto Szkoci, pomni klęsk z pierwszych lat II wojny o niepodległość Szkocji, unikali konfrontacji w otwartym polu, skutecznie prowadząc wojnę podjazdową, której angielskie garnizony i skarbiec nie wytrzymały – w efekcie Szkocja uratowała niepodległość.

 

 

Na tle Twoich wspomnianych dotychczas pozycji „Arbroath 23 I 1446: batalia szkockich klanów” (wyd. Inforteditions, 2024 r.) pod względem tematycznym wydaje się najbardziej egzotyczna. Tytułowa bitwa była jednym z wielu tego rodzaju starć klanowych w XV wieku. Choć niewielkich rozmiarów, okazało się ono mieć znaczący wpływ na sytuację wewnętrzną królestwa. W książce opisujesz zresztą nie tylko tą bitwę. Podobnie jak w przypadku „Ballaghmoon 13 IX 908”, choć wojskowość szkocka tego okresu odznaczała się wieloma oryginalnymi cechami, to na tle całokształtu schodzi ona jednak na plan dalszy. Czytając tą książkę odniosłem wrażenie jak bym miał do czynienia z bliźniaczo podobnymi zjawiskami do tych, które kilka wieków później doprowadziły do upadku Rzeczypospolitej. Chodzi mi zwłaszcza o rozkwitającą u nas u schyłku XVII wieku oligarchię magnacką. Czy Twoim zdaniem można się dopatrzyć takiej analogii między dziejami Szkocji i Polski?

Sytuacja była jednak nieco odmienna. O ile w Rzeczypospolitej rzeczywista władza monarchów elekcyjnych była prawnie ograniczana, o tyle w późnośredniowiecznej Szkocji wiele zależało od osobistych talentów politycznych i zdolności wojskowych danego władcy. Choć administracja królewska nigdy nie była tak rozbudowana i skuteczna jak w Anglii, a wpływy i posiadłości magnatów w poszczególnych regionach były duże, niektórym władcom udawało się wywalczyć silną pozycję w swoim królestwie. Sukcesy na tym polu odnosił już wyżej wspomniany Dawid II (pomimo skrajnie niesprzyjającego mu obrazu nakreślonego przez późniejszą historiografię), a najlepszym przykładem jest Jakub II, który zbrojnie rozprawił się z najpotężniejszym wówczas szkockim rodem magnackim „Czarnych” Douglasów, aż do ich ostatecznej klęski w bitwie pod Arkinholm w 1455 r., doprowadzając ten ród do niemal całkowitej anihilacji, pomimo ich silnej pozycji politycznej w Szkocji oraz ogromnych włości.

 

 

Choć wielkie bitwy od najdawniejszych czasów stanowiły najbardziej spektakularne wydarzenia toczonych przez ludzkość wojen, każdy kto interesuje się średniowieczną wojskowością wie, że zazwyczaj starano się ich unikać m.in. z powodu ryzyka, jakie ze sobą niosły. Gros działań wojennych stanowiło pustoszenie terytoriów przeciwnika i oblężenia. Nie dziwi więc, że wśród popełnionych przez Ciebie książek znalazła się publikacja poświęcona obiektom warownym. Mam na myśli „Średniowieczne zamki Sardynii” (wyd. Inforteditions, 2023 r.). Już sama objętość tej książki, przewyższająca wszystkie wymienione przeze mnie do tej pory tytuły, wskazuje, że miałeś o czym pisać. Co takiego wyjątkowego jest w zamkach tej śródziemnomorskiej wyspy, że zdecydowałeś się poświęcić im osobną pozycję?

Moja fascynacja archeologią i historią Sardynii oraz zainteresowanie już od dzieciństwa tematyką zamków (otrzymanie od Rodziców w wieku 11 lat pierwszego wydania Leksykonu zamków w Polsce Leszka Kajzera, Stanisława Kołodziejskiego i Jana Salma jest momentem, który pamiętam do dziś) czyniły temat zamków na Sardynii naturalnym dla mnie do opracowania. Istotne przy pisaniu książki były jednak nie tylko same warownie, ale też średniowieczne dzieje Sardynii – jest to temat, który stanowił niemal zupełną białą plamą w polskiej literaturze, a pojawiające się tu i ówdzie wzmianki często charakteryzowały się daleko idącymi uproszczeniami, a wręcz błędami. Stąd też poświęciłem obszerny pierwszy rozdział na nakreślenie zarysu średniowiecznej historii Sardynii, co zostało też uznane za jeden z głównych atutów książki w tych pozytywnych recenzjach i opiniach, na które się natknąłem. Omówienie tej tematyki stanowiło również niezbędne tło dla omówienia średniowiecznych zamków i obiektów warownych, w których zapisana jest historia wyspy – są wśród nich warownie bizantyjskie, zamki wznoszone przez giudici, niezależnych władców czterech królestw Sardynii, a wreszcie obiekty genueńskie, pizańskie i aragońskie.

 

Dla niejednego autora książki w popularnonaukowych seriach poświęconych historii wojskowości stanowią raczej pretekst do napisania o epoce, w której osadzona jest tytułowa bitwa. Jak jest w Twoim przypadku?

Jest to do pewnego stopnia prawdą, trzeba jednak pamiętać, że nakreślenie historycznego, politycznego i militarnego tła danej bitwy jest niezbędne dla jej właściwego przedstawienia i zrozumienia – dotyczy to zwłaszcza obszarów o tak specyficznej sytuacji politycznej jak wczesnośredniowieczna Irlandia czy Sardynia. Nie oznacza to oczywiście traktowania samych bitew pobieżnie – pisząc książki do serii takich jak „Historyczne Bitwy” czy „Pola Bitew” zawsze staram się opisać tytułowe starcie jak najbardziej szczegółowo i „wycisnąć” tyle, ile się tylko da na temat jego przebiegu z dostępnych źródeł historycznych i archeologicznych. Trzeba jednak pamiętać, że charakterystyka średniowiecznych źródeł najczęściej stawia na tym polu poważne ograniczenia, co krytycy przekrojowego podejścia do starożytnych i średniowiecznych konfliktów prezentowanego przez wielu autorów w wyżej wymienionych seriach nie zawsze biorą pod uwagę.

 

Zamek Dunstanburgh, północno-wschodnia Anglia (fot. Cezary Namirski)

 

W odniesieniu do odległych epok historycznych, takich jak średniowiecze, nie mówiąc o dawniejszych, jak wspominałeś, wyzwaniem bywa często fragmentaryczność albo wręcz brak źródeł, a niekiedy również artefaktów archeologicznych. Jednym ze sposobów wypełniania treścią białych plam jest operowanie hipotezami. Jak radzisz sobie z tym problemem i na ile Twoim zdaniem autor książki historycznej powinien sięgać po tę metodę?

Przy skąpości źródeł pisanych istotne jest podejście obejmujące różne dziedziny naukowe, w tym archeologię oraz nauki pomocnicze historii. Projekty badań archeologicznych przyniosły znakomite efekty m.in. na polach bitew Wojny Dwóch Róż (przykładem jest odkrycie rzeczywistej lokalizacji pola stoczonej w 1485 r. bitwy pod Bosworth, która różniła się od tradycyjnie przyjmowanej, czy też badania archeologiczne zbiorowej mogiły poległych w bitwie pod Towton z 1461 r.). Niejednokrotnie przydatna jest toponomastyka czy też rozmaite rodzaje analiz przestrzennych teatru działań militarnych. Stawianie hipotez jest często konieczne, choć wszystko zależy oczywiście od jakości argumentacji użytej na ich poparcie.

 

Archeolodzy piszą książki inaczej niż historycy?

Tak, choćby ze względu na odmienny materiał, który jest przedmiotem ich pracy, a co za tym idzie inną perspektywę. Mam jednak wrażenie, że na polu integracji obu podejść oraz współpracy historyków z archeologami dokonują się coraz większe postępy.

 

 

Jednym z atutów Twoich książek są liczne własnoręcznie wykonane przez Ciebie zdjęcia, zazwyczaj dobrej jakości. Najczęściej przedstawiają one różne obiekty średniowiecznej architektury i zabytki kultury materialnej związane z opisywanym tematem. Na tle autorów serii „Historyczne Bitwy” i „Pola Bitew” zdecydowanie się pod tym względem wyróżniasz. Na zdjęciach zamieszczonych w Twoich książkach często możemy zobaczyć budowle z odległych wieków zachowane w znakomitym stanie. Na jednym wypatrzyłem np. wieżę z X wieku, a więc z czasów kiedy u nas panował Mieszko I, stojącą sobie jakby nigdy nic pośrodku jakiegoś irlandzkiego miasteczka. Oglądałeś wiele z tych obiektów z bliska. Jak oceniasz stan ich zachowania i co wpłynęło na to, że na Wyspach relatywnie dużo ich przetrwało?

Wspomniane przez Ciebie koliste wieże wznoszone na terenie Irlandii były częściami kompleksów monastycznych, co niewątpliwie przyczyniło się do ich zachowania. Niekiedy na zachowanie zabytków na Wyspach Brytyjskich wpływ mają rozmaite czynniki charakterystyczne dla danego regionu – na terenie hrabstwa Northumberland w północno-wschodniej Anglii znaczne obszary pokryte są rozległymi wrzosowiskami, co sprzyja zachowywaniu się pradziejowych i średniowiecznych fortyfikacji kamienno-ziemnych, takich jak forty z epoki żelaza (szczególnie licznie występujące w Parku Narodowym Northumberland, pokrytym w 70% wrzosowiskami) czy późnośredniowieczne założenia typu motte, które nie są w tych warunkach narażone na niszczenie przez działalność rolniczą. Z kolei na niektórych obszarach Irlandii przez długi czas funkcjonowały poświadczone etnograficznie przesądy zniechęcające do niszczenia tamtejszych wczesnośredniowiecznych ringforts, które dzięki temu zachowywały się często nawet na obszarach rolniczych.

 

 

Była mowa o zdjęciach, więc należałoby wspomnieć także o mapkach zawartych w Twoich książkach. Również pod tym względem wyróżniają się one na tle innych, chociaż ostatnio zarówno w Bellonie, jak i w Inforteditions dokonał się tutaj znaczący postęp (dużo zależy jednak nadal od konkretnego autora). Czym się kierujesz i na czym się wzorujesz przygotowując mapki (samodzielnie bądź we współpracy z innymi)?

Staram się, aby mapki we właściwy sposób komponowały się z narracją książki i pomagały czytelnikowi wizualizować wydarzenia, o których czyta. W niektórych przypadkach, kiedy istnieją różnice co do interpretacji przebiegu bitwy, staram się również uwzględniać te różne możliwości na planie bitwy. Nie zawsze jest to możliwe z zachowaniem jego czytelności, stąd też niekiedy trzeba po prostu dokonywać wyboru tych interpretacji, które uważam za bardziej prawdopodobne. Mapki do niektórych książek przygotowałem sam, w innych przypadkach współpracowałem ze specjalistami w tej dziedzinie – za szczególnie udaną uważam na tym polu współpracę z historykiem Eugenem Gorbem przygotowującym mapy do opracowań Inforteditions.

 

 

Chciałbym teraz wrócić do Twoich pierwszych publikacji, wydanych przez Towarzystwo Wydawnicze „Historia Iagellonica”, poświęconych głównie okresowi prehistorycznemu (poza tym, jak większość autorów, opublikowałeś także w różnych czasopismach szereg artykułów). W kolejności chronologicznej są to: „Nuragiczna Sardynia” (2016 r., reedycja w 2022 r.), „Pradzieje Balearów. Od najwcześniejszej obecności człowieka do podboju rzymskiego” (2020 r.), „Prehistoryczna sztuka naskalna Wysp Brytyjskich” (2020 r.). Pewnie niejeden czytelnik zastanawia się dla kogo są te książki? Czy są to publikacje stricte naukowe, adresowane głównie do badaczy i w zasadzie tylko do nich, czy pisałeś je także z myślą o szerszym gronie odbiorców?

Są to opracowania naukowe, stanowiące syntezy obecnej wiedzy na każdy z tych pasjonujących mnie tematów, starałem się jednak, aby były możliwie przystępne i interesujące dla odbiorców spoza grona archeologów. Każda z wymienionych przez Ciebie zawiera część katalogową pradziejowych stanowisk na omawianym obszarze – moim zamiarem jest, aby pozycje te były nie tylko źródłem wiedzy na temat pradziejów Sardynii, Balearów i Wysp Brytyjskich, ale też zachęciły czytelnika do wyruszenia w podróż i samodzielnego zwiedzenia prehistorycznych zabytków, w czym treść katalogów ma pomóc.

 

 

Niedawno wróciłeś do tematyki prehistorycznej w książce „Pradziejowe wieże północy: „brochs” i epoka żelaza w Szkocji” (wyd. Homini, 2025 r.). Nawiązuje ona do wcześniejszego okresu Twojej twórczości. Przedstawiasz w niej zabytki kultury materialnej z epoki żelaza (700 p.n.e. – 800 n.e.) na terenie Szkocji, w tym na pobliskich wyspach (Hebrydy, Orkady, Szetlandy). Symbolem tamtego okresu są tytułowe wieże kamienne „brochs”, osiągające nawet 15 metrów wysokości. Domyślam się, że miałeś okazję je zwiedzać. Jak wiele spośród nich zachowało się w dobrym stanie do naszych czasów i jak prezentują się obecnie?

Zgadza się, zwiedziłem dziesiątki brochs w różnych częściach Szkocji – na Hebrydach, Orkadach, Szetlandach oraz na południu kraju. Ponadto, w 2011 r. pracowałem na wykopaliskach archeologicznych na broch Thrumster Mains w hrabstwie Caithness pod kierownictwem doktora Johna Barbera, znawcy tej tematyki, co dało początek mojemu głębokiemu zainteresowaniu tematyką brochs i szkockiej epoki żelaza. Podobnie jak opracowania poświęcone Sardynii i Balearom, książka jest pomyślana nie tylko jako synteza aktualnej wiedzy na omawiany temat, ale też przewodnik pozwalający eksplorować Szkocję w poszukiwaniu zabytków architektury epoki żelaza. Mój serdeczny przyjaciel i znawca starożytnego Rzymu Michał Jacek Baranowski z Wydawnictwa Homini starał się popchnąć mnie w kierunku jak najatrakcyjniejszego dla czytelnika pisania (na ile to możliwe w opracowaniu archeologicznym), czego rezultaty, mam nadzieję, będą widoczne. Niestety, niewiele brochs przetrwało w stanie, w którym w oczywisty sposób przypominają dziś wieżę – najlepiej zachowane, jak Mousa na Szetlandach czy Dun Carloway na wyspie Lewis, to wyjątki. Znacznie częściej spotyka się brochs z zachowanymi dolnymi partiami murów, bądź widoczne jedynie jako kopiec z nikłymi reliktami murarki widocznymi na powierzchni, którego przynależność do tej kategorii zabytków jest niepewna. Jednak również obiekty zachowane w takim stanie są dla mnie fascynujące.

 

Czym były tytułowe „brochs”? Jaką pełniły funkcję?

Przy obecnym stanie badań nie ma wątpliwości, że brochs pełniły funkcję mieszkalną – świadczą o tym paleniska i przedmioty codziennego użytku odnajdywane w wieżach. Niewykluczone, że życie koncentrowało się na drewnianych górnych piętrach wieży, podczas gdy parteru używano jako przestrzeni magazynowej bądź miejsca, gdzie trzymano zwierzęta (świadczyć o tym może m.in. widoczny w niektórych wieżach brak dbałości o wyrównanie podłoża wewnątrz budowli). Prominentne lokalizacje brochs w krajobrazie (cyple, szczyty wzniesień, wysepki na jeziorach) mogą świadczyć o wznoszeniu wież jako wyrazu prestiżu ich mieszkańców bądź o ich funkcjach obronnych (co ciekawe, XIII-wieczna Saga o Orkadach opisuje epizod skutecznej obrony broch Mousa na Szetlandach przed siłami Haralda Maddadssona, norweskiego jarla Orkadów).

 

 

Nad czym obecnie pracujesz? Zauważyłem, że w ciągu ostatnich dni w księgarniach pojawiła się Twoja książka o działaniach militarnych na terenie Księstwa Oświęcimskiego w XV wieku (wyd. Inforteditions, 2025 r.).

Zgadza się, moja najnowsza książka, która nosi tytuł Działania militarne na terenie Księstwa Oświęcimskiego w XV wieku, została właśnie opublikowana w serii „Pola Bitew” wydawnictwa Inforteditions. Pracowałem nad nią na przestrzeni ostatnich kilku lat. Jest to moje pierwsze opracowanie poruszające tematykę mojego regionu Polski, wykorzystuję w nim m.in. znajdujące się w zbiorach Działu Archeologii Muzeum Historycznego w Bielsku-Białej, mojego miejsca pracy, zabytki pochodzące z obiektów warownych, których rola w licznych kampaniach toczonych na terenie Księstwa Oświęcimskiego w XV w. jest poświadczona źródłowo. Pracując w Dziale Archeologii Muzeum Historycznego w Bielsku-Białej systematycznie rozwijam zainteresowania badawcze związane z archeologią Podbeskidzia. Finalizuję również anglojęzyczny artykuł naukowy poświęcony obecnemu stanowi badań nad fortyfikacjami bizantyjskimi na Sardynii, a w wydawnictwie Bellona złożyłem niedawno manuskrypt książki Mortimer’s Cross 1461 do serii „Historyczne Bitwy”, w której omawiam pierwszą fazę Wojny Dwóch Róż (1455-1461). Zupełnie inny, lżejszy charakter ma natomiast pisana przeze mnie biografia półlegendarnego wikińskiego wodza Ragnara Lodbroka, która będzie częścią niedawno zainicjowanej popularnonaukowej serii „Bohaterowie o Tysiącu Twarzy”, poświęconej przedstawianiu żywotów postaci mitologicznych, legendarnych i literackich. Pracuję również nad opracowaniami poświęconymi romańskim kościołom na Sardynii (architektura romańska to moja pasja, o której nie było jeszcze okazji wspomnieć w tym wywiadzie) oraz wikingom na Hebrydach i wyspie Man. Od kilku lat mam napisany manuskrypt książki o stoczonej w Irlandii w 1318 r. bitwie pod Dysert O’Dea, którą będę jednak jeszcze poszerzał i poprawiał. W dalszej perspektywie czasowej chciałbym przygotować opracowanie poświęcone średniowiecznym zamkom Gryzonii, największego kantonu Szwajcarii, który może poszczycić się szczególną, odmienną od innych szwajcarskich kantonów historią, a średniowieczne warownie są tam szczególnie liczne.

 

Zapowiada się szereg ciekawych tytułów. Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję za zaproszenie do rozmowy.

 

Dyskusja o wywiadzie na FORUM STRATEGIE

Autorzy: Cezary Namirski, Ryszard Kita
Zdjęcia: Cezary Namirski

Opublikowano 30.10.2025 r.

Poprawiony: niedziela, 02 listopada 2025 00:06