Informacje o filmie
Reżyseria: Krzysztof Łukaszewicz
Scenariusz: Krzysztof Łukaszewicz
Premiera: 4 kwietnia 2024 (świat), 5 kwietnia 2024 (Polska)
Produkcja: Polska
Czas trwania: 2 godz. 2 min.
Recenzja
Bohaterskie zmagania o Monte Cassino, największa i najkrwawsza bitwa II wojny światowej z udziałem Polaków, nie doczekały się dotąd poświęconego im filmu fabularnego, który przybliżałby je szerszemu gronu widzów. Tuż po wojnie pojawiła się co prawda „Wielka droga”, wyprodukowana przez Ośrodek Kultury i Prasy II Korpusu Polskiego, ale walki o słynny klasztor stanowią tam jedynie epizod i trudno traktować ją jako punkt odniesienia. Film ten przedstawiał losy ludzi wywiezionych na wschód w 1939 roku i ich tułaczkę przez ZSRR, kontynuowaną następnie z armią gen. Andersa (późniejszym II Korpusem), oraz niósł ze sobą szersze przesłanie. W związku z 80 rocznicą bitwy najwyższy czas by wspomniany brak nadrobić i w tym roku za sprawą „Czerwonych maków” szczęśliwie się to udało.
Recenzję filmu można z grubsza podzielić na dwie części: 1) batalistyka i cała związaną z nią bezpośrednio sfera militarna, oraz 2) reszta, obejmująca przede wszystkim okres poprzedzający bitwę i wątek czy też wątki związane z głównym bohaterem. Zacznę od tej „reszty”, ponieważ chronologicznie jest ona wcześniejsza niż bitwa i cała silnie osadzona w historii sfera militarna. Podobnie jak w wielu produkcjach wojennych, zanim dojdzie do decydujących zmagań, widzimy bohaterów wiodących w miarę spokojne, „niewojenne” życie. Początek filmu przypomina kolejny odcinek przygód Indiany Jonesa, co jak na klasyczny dramat wojenny może stanowić już na wstępie spore zaskoczenie. To tutaj poznajemy głównego bohatera – Jędrka Zahorskiego.
Wydaje się on całkowitym zaprzeczeniem cech, jakich moglibyśmy oczekiwać od wiodącej postaci filmu wojennego. Jest nihilistycznym indywidualistą i zapatrzonym w siebie narcyzem. Nie chce walczyć i nie czuje żadnej głębszej więzi ze wspólnotą, której jest częścią. Stara się przede wszystkim przeżyć. Znalazł sobie ku temu wygodne miejsce na tyłach – jako opiekun zwierząt. Ma nadzieję bezpiecznie doczekać tam końca wojny. Jedyny, ale bardzo znaczący wyjątek na tle jego postawy życiowej stanowią osoby mu bliskie. Dla nich potrafi zrobić dosłownie wszystko, w tym szaleńczo ryzykować zdrowie, a nawet życie. Zachowuje się wtedy bardzo impulsywnie i emocjonalnie.
Jak nietrudno się domyślić, wraz z rozwojem akcji będzie dokonywać się przemiana głównego bohatera. Nie chciałbym zdradzać jej końcowego efektu. Powiem tylko, że nie wypadnie tak szablonowo i jednoznacznie jak można się tego zawczasu spodziewać. Kluczem do głównego wątku fabularnego i postaci młodego Zahorskiego są moim zdaniem dwa występujące w filmie nawiązania do klasyki polskiej kinematografii. Cała ta konstrukcja, gdyby rozpatrywać ją bez pewnych naleciałości (o czym dalej), wraz z ukształtowaniem czy też próbą ukształtowania głównego bohatera w taki właśnie sposób, wydaje mi się bardzo interesującym pomysłem. Ma on wiele cech przypisywanych przez socjologów pokoleniu współczesnej młodzieży. Wśród nich na czoło wysuwają się daleko posunięty indywidualizm i brak poczucia głębszych więzi. Stanowią one w znacznej mierze pochodną współczesnej cywilizacji i społeczeństwa, w którym przyszło nam żyć.
Takie nieszablonowe, nietypowe dla filmu wojennego ukształtowanie postaci głównego bohatera pozwala jednocześnie podjąć temat sensu bitwy i w ogóle walki toczonej przez polskich żołnierzy na obczyźnie, u boku aliantów. Przewijają się one mimochodem w rozmowach innych postaci, w tym gen. Andersa, ale to Jędrek w pewnym momencie najgłośniej wyartykułuje te wątpliwości, nurtujące zapewne niejednego już w czasie zmagań o Monte Cassino. To także bardziej uniwersalne pytania: o sens braterstwa broni, wartość wspólnoty narodowej i obowiązków, jakie wynikają z przynależności do niej, w ogóle o sens poświęcania swojego życia w imię wyższych idei.
Coś jednak nie zaskoczyło w postaci młodzieńca i głównym wątku związanym z jego osobą. Przyznam, że długo się nad tym zastanawiałem, przyglądając się na ile wynika to ze scenariusza, a na ile z gry aktorskiej wcielającego się w niego Nicolasa Przygody. Uważam, że zawinił głównie scenariusz. W filmie widoczny jest tu i ówdzie swoisty rys dydaktyczny. Wygląda to tak, jakby nauczyciel usiłował na siłę wbić uczniom do głowy pewne podstawowe prawdy. Stąd toporność w ukształtowaniu niektórych cech postaci i interakcji między nimi. Dotyczy to przede wszystkim głównego bohatera, który momentami został wręcz przerysowany. Jednocześnie nadaje mu to dużą wyrazistość i pozwala stworzyć prosty, jasny przekaz.
Jest taka scena w filmie, gdzie przed ruszeniem do natarcia żołnierze po raz pierwszy poznają pieśń „Czerwone maki na Monte Cassino”. Recytuje ją im sam twórca Feliks Konarski (ps. Ref-Ren), grany przez Karola Dziubę, wypowiadając słynne wersy: Bo wolność krzyżami się mierzy, Historia ten jeden ma błąd. Przy okazji warto wspomnieć, że od strony historycznej jest to fikcja, ponieważ sama pieśń powstała w nocy z 17 na 18 maja 1944 roku, a więc tuż przed zdobyciem klasztoru, a jej twórca znajdował się w tamtych dniach daleko na tyłach. Z kolei czwarta zwrotka, z której pochodzi przytoczony fragment, została dodana w 1969 roku, na 25-lecie bitwy. W filmie fraza ta stanowi jeden z motywów przewodnich. Sama scena jej pierwszej publicznej prezentacji wydaje się znamienna także z innych powodów. Następuje po niej żołnierska pogadanka, podczas której Konarski, wspierany przez ppor. Edmunda Wilkosza (w tej roli Mariusz Banasiuk), tłumaczy szeregowym żołnierzom sens owych słów. Jest w tym obrazie coś symbolicznego dla całego filmu, zarazem stanowi on dobrą ilustrację wspomnianego dydaktyzmu reżysera, którego ofiarą padł zwłaszcza wątek głównego bohatera i sama jego postać.
Być może jednak Krzysztof Łukaszewicz ma rację i właśnie w taki sposób trzeba mówić do współczesnego masowego widza, by pewne podstawowe treści do niego dotarły. Coś jest na rzeczy, bo nie łudźmy się, jak wszystko na to wskazuje, dla wielu, zwłaszcza dla młodzieży, ten film stanie się w niedługim czasie głównym źródłem wiedzy o bitwie i najważniejszym elementem przekazu kulturowego z nią związanego, zastępując w tej roli twórczość Melchiora Wańkowicza (jednocześnie niektórych być może skłoni do sięgnięcia po jego dzieła). Jeśli to kierowało reżyserem, wynika z tego, że pesymistycznie ocenia możliwości intelektualne znacznej części swojej widowni. Sądzę, że ta chęć stworzenia prostego, wyrazistego przekazu, zrozumiałego „dla każdego”, i powiedzenia pewnych rzeczy tak, by nie było wątpliwości, w głównej mierze zaciążyła nad intrygującą konstrukcją zbudowaną na antynomii między głównym bohaterem a większością uczestników bitwy, a co za tym idzie nad całym filmem.
Jednym z rysów postaci Jędrka jest jego niedojrzałość. Właściwie został on sportretowany jako przeżywający okres buntu nastolatek. Tymczasem do 18 lat brakuje mu zaledwie około 6 miesięcy. Przekładając to na dzisiejsze realia – wiek maturalny. Od strony historycznej nie do końca się to klei, bowiem w realiach wojennych, gdzie ze zrozumiałych względów brak było tradycyjnego dla naszych czasów rytuału przejścia w postaci egzaminu dojrzałości, w przypadku chłopców decydowała zdolność do służby wojskowej, a do tej powszechnie brano już 17-latków, a bywało, że i 16-latków. Dotyczy to obu stron konfliktu. W dywizjach pancernych SS pod koniec wojny licznie przewijają się 17-latkowie, zaś w 1 DPanc. gen. Maczka pojawiają się żołnierze w wieku 16 lat. Taka charakterystyka głównego bohatera jest jednak reżyserowi potrzebna ze względów scenariuszowych, zarazem podnosi wiarygodność prezentowanej przez Jędrka postawy życiowej.
Tą jego niedojrzałość najlepiej widać w relacjach z ukochaną – sanitariuszką Polą Staniewicz (w tej roli Magdalena Żak). Wyraźnie brakuje między nimi chemii. Znowu, dopatrywałbym się tu powodu przede wszystkim w takim, a nie innym scenariuszowym ukształtowaniu ich postaci. Oboje prezentują skrajnie odmienne zapatrywania: ona jest oddaną sprawie idealistką, on poza tym, że ją kocha, nie widzi sensu walki i stara się tylko przetrwać. Słabo i kiczowato wypada zwłaszcza końcowa scena na tle tytułowych czerwonych maków. Dość rozbudowany wątek miłosny jest jedną z tych części składowych scenariusza, gdzie najbardziej zgrzyta. Być może z punktu widzenia całokształtu filmu dobrym rozwiązaniem byłaby jego redukcja, ale na radykalne cięcia reżyser zapewne nie mógłby sobie pozwolić.
Losy głównego bohatera splatają go także, niemal od samego początku, z Redaktorem, granym przez Leszka Lichotę. Stylizowany na Melchiora Wańkowicza, posiada wiele cech słynnego pisarza-reportażysty, chociaż nigdzie nie pada jego imię i nazwisko. Reżyser zdaje się puszczać do nas oko, przywołując wiele szczegółów związanych z Wańkowiczem. Przez większość czasu to Redaktor prowadzi Jędrka i przy okazji widzów przez rozgrywające się wydarzenia. Niektóre sceny bitewne zostały wprost zaczerpnięte z zapisków mistrza Melchiora. W jednym z wywiadów Leszek Lichota mówi, że spędził sporo czasu podążając jego śladami. Grana przez niego postać może nie jest porywająca, ale udało mu się z niej sporo wydobyć. Niestety wizualnie wszystko przesłania jeden bardzo charakterystyczny element stroju Redaktora – nieodłączna arafatka. Przyznam, że gdy ją zobaczyłem, trudno mi było wyobrazić sobie, iż akcja toczy się w czasie II wojny światowej. Arafatki, czyli kefija, znane są wśród Arabów od wieków. Szlak armii gen. Andersa (późniejszego II Korpusu Polskiego) wiódł przez Bliski Wschód, w tym przez Palestynę, więc teoretycznie możliwe jest by niektórzy Polacy tam się w nie zaopatrzyli. Tyle, że na zdjęciach z okresu bitwy pod Monte Cassino Wańkowicz nosi beret.
Inną osobą, z którą łączą głównego bohatera szczególne więzi, jest starszy brat Stanisław Zahorski, rotmistrz wojsk pancernych, przybyły do II Korpusu z 1 DPanc. gen. Maczka (w tej roli Szymon Piotr Warszawski). Za sprawą tej postaci w filmie nieco szerzej zaistniała tematyka związana z zesłaniem i pobytem Polaków w ZSRR. Stanisław bowiem, jak wielu naszych rodaków w tym czasie, szuka swoich krewnych. Poza Jędrkiem, którego szczęśliwie odnajduje, żywotnie interesuje go los siostry, małej Helci. Sama jego rola wypada ciekawie i nadaje filmowi kolorytu, ale w ich braterskiej relacji czuje się pewną sztuczność. Jednocześnie scena, gdy Jędrkowi ukazuje się we śnie Helcia, jest jedną z najmocniejszych i najbardziej zapadających w pamięć.
Tyle o „reszcie”, pora przejść do części batalistycznej i sfery militarnej filmu. Reżyser otrzymał stosunkowo duży jak na polskie warunki budżet, wynoszący 33 mln zł (czyli około 8 mln USD). Na tle zagranicznych filmów wojennych ta kwota wypada jednak skromnie. Dla porównania budżet „Dunkierki” (2017 rok) to 100 mln USD, podobnie dość kameralnego „1917” (2019 rok). Słynny „Szeregowiec Ryan” kosztował 70 mln USD, ale to było w 1996 roku. Z kolei najnowsza ekranizacja „Na zachodzie bez zmian” z 2022 roku to „jedynie” 20 mln USD. O tym, że produkcje z tego gatunku kosztują i bez pieniędzy nie da się osiągnąć pożądanych efektów mówił zresztą sam Krzysztof Łukaszewicz w jednym z wywiadów, co z perspektywy czasu wygląda na asekuranctwo. Na przekór temu „Czerwone maki” promowano zestawiając je z hitami światowego kina wojennego. Po takich szumnych zapowiedziach nie ma się więc czemu dziwić, że krytycy i widzowie chętnie dokonują porównań i w takim układzie recenzowana produkcja nie wypada dobrze.
Batalistyka filmu broni się, jeśli przyjmiemy, że to co obserwujemy na ekranie odpowiada pod wieloma względami temu co mogli dostrzec szeregowi uczestnicy walk, a ci widzieli niezbyt wiele. Niestety rozmija się to z popularnymi wyobrażeniami o wojnie. W „Czerwonych makach” dostajemy mnóstwo ograniczonych pod względem rozmiarów scen. Czujemy jak kamera trzęsie się podczas wybuchów. Skądś strzelają, ale często nie wiadomo skąd. Żołnierze naokoło padają, leje się krew, słychać świst kul i wybuchów. Zobaczymy charakterystyczne ujęcia rannych i umierających żołnierzy, które weszły już do klasyki kina wojennego, np. rannych, a właściwie konających, którym wypływają z brzucha jelita. Wielu nie umiera jednak tak widowiskowo.
Obraz jest poszarpany i miejscami sprawia wrażenie nie do końca logicznego, ale tak wyglądają działania wojenne począwszy od XX wieku (a nawet nieco wcześniej). Żołnierze kryją się w terenie i wroga prawie w ogóle nie widzimy. To nie epoka napoleońska, kiedy na polach bitew rozpościerały się kolorowe linie wojsk, których posunięcia dowódcy mogli obserwować przez lunety i wydawać im bezpośrednio rozkazy, znajdując się bezpiecznie z tyłu na jakimś wzgórzu. W filmie widać prawdziwą walkę, strach, krew, pot i łzy. Przy okazji usłyszymy także nieco żołnierskiego języka. Pod wieloma względami dobrze oddano taktykę okresu II wojny światowej i przebieg boju o klasztor. Warto zaznaczyć, że niektóre sceny, jak choćby ta, gdzie kapelan Adam Studziński (w tej roli Łukasz Garlicki) pomaga odnosić na tyły saperów rannych przy forsowaniu Gardzieli, wydają się mało wiarygodne, ale są prawdziwe, jako że zostały zaczerpnięte wprost z relacji Wańkowicza.
Nie zobaczymy w filmie samego Monte Cassino i walk w jego najbliższym sąsiedztwie. Podczas wspomnianego wcześniej wywiadu, chyba spodziewając się w tej materii krytyki, reżyser argumentował decyzję o rezygnacji z kręcenia scen w okolicy klasztoru tym, że tamtejszy teren został w znacznym stopniu zmieniony w porównaniu do tego jak wyglądał w czasie bitwy, m.in. wzgórza są obecnie bardzo zarośnięte. Częstym zarzutem pod adresem filmu jest brak większych, spektakularnych ujęć i rezygnacja z niektórych zabiegów reżyserskich stosowanych we współczesnym kinie wojennym. Wydaje się, że jedną z odpowiedzi na to są koszty, a więc wracamy do poruszanego wcześniej zagadnienia wielkości budżetu „Czerwonych maków”. Dokonując porównań z zagranicznymi wytworami Dziesiątej Muzy warto brać to pod uwagę. Pytanie, czy za tą kwotę można było uzyskać więcej i ewentualnie ile więcej, pozostaje otwarte. Według mnie udało się w filmie dobrze oddać od strony militarnej charakter i atmosferę bitwy, ale można było szerzej i bardziej wszechstronnie pokazać przebieg walk.
Choć co do zasady pozytywnie oceniam filmową batalistykę oraz sferę militarną „Czerwonych maków”, i tutaj nie wszystko wyszło tak jak powinno. Największe niebezpieczeństwo dla właściwego zrozumienia przez widza przebiegu walk widziałbym w wyeksponowaniu działań pancerniaków. W pewnym momencie do akcji wkraczają Shermany (łącznie trzy), z wozem dowodzonym przez rotmistrza Stanisława Zahorskiego na czele, których akcja okazuje się rozstrzygająca dla wyniku bitwy. Przynajmniej tak to wygląda w filmie. Działaniom piechoty, artylerii i saperów także poświęcono sporo miejsca, ale czołgi, również za sprawą ich dzielnego dowódcy, jakoś się na tle tamtych wybijają. Można mieć też uwagi do kilku szczegółów, np. zdarza się, że piechota naciera przez otwartą przestrzeń dość stłoczona, ale są to wyjątkowe sytuacje.
Z punktu widzenia historycznego niewybaczalnymi błędami są dla mnie natomiast dwie świadome manipulacje. Pierwsza to scena, w której w chwili, gdy ważą się losy natarcia na Monte Cassino, gen. Anders nakazuje brytyjskiemu oficerowi łącznikowemu nadanie prośby o wsparcie alianckiej artylerii. Nie mogąc się go początkowo doprosić pyta obcesowo: „Czy Brytyjczycy udzielą Polakom wsparcia, czy też znów każą im czekać”? Stanowi to symboliczne nawiązanie do postawy naszych sojuszników we wrześniu 1939 roku. Jednocześnie sugeruje, że w czasie bitwy alianci zachowywali się biernie i nie byli skorzy do współdziałania z Polakami. Jest to niezgodne z prawdą historyczną, ponieważ równolegle w dolinie rzeki Rapido stworzony tam wcześniej przyczółek poszerzały oddziały brytyjskie, zaś dalej na zachód walki prowadzili Francuzi i Amerykanie. Nacisk na Niemców wywierano na całym froncie, a działania II Korpusu Polskiego stanowiły element większej całości, jaką była operacja „Diadem”. Drugie przekłamanie dotyczy zatknięcia flagi brytyjskiej w ruinach klasztoru. W filmie widzimy jak po jego zdobyciu ochoczo zmierza ku niemu carrier z brytyjskimi żołnierzami, by umieścić tam swój sztandar. W rzeczywistości flagę brytyjską, obok polskiej, zawiesili wkrótce po zdobyciu wzgórza klasztornego polscy żołnierze, na wyraźny rozkaz gen. Andersa.
Od lat narzekamy na to, że udział Polaków w walkach o Monte Cassino i całej II wojnie światowej bywa marginalizowany albo wręcz wypacza się podstawowe fakty na ten temat. Nasza perspektywa w odniesieniu do tej bitwy wygląda tak, że skupiamy się tylko na II Korpusie, ignorując wszystko co działo się naokoło. Z kolei inni najchętniej pokazują walki o klasztor jako część większej całości. W wyniku tego rola Polaków zostaje sprowadzona do jednego z wielu trybików alianckiej machiny wojennej, niekoniecznie najważniejszego, co uważamy za uwłaczające naszym żołnierzom. Recenzowany film stanowił szansę na stworzenie wyważonego, a zarazem opartego na faktach przekazu, podkreślającego decydującą rolę oddziałów gen. Andersa, jednocześnie niezapominającego o wkładzie innych. Zamiast tego reżyser zdecydował się pielęgnować narodowy mit, rozbudowując go o dodatkowe, fikcyjne elementy, wypaczające prawdę historyczną nie bardzo wiadomo w imię czego.
Pora powiedzieć kilka słów o najważniejszych postaciach batalistycznej części filmu. Wśród nich niewątpliwie błyszczy gen. Anders, świetnie zagrany przez Michała Żurawskiego. Wygląda charyzmatycznie, choć reżyser pokazuje także jego ludzkie oblicze. Niestety pozostali wyżsi dowódcy, w których na ogół wcielili się dobrzy i znani aktorzy, stanowią jedynie tło i raczej pełnią rolę statystów. Spośród niższych rangą wyróżnia się wspominany już wcześniej ppor. Edmund Wilkosz (Mateusz Banasiuk). Zdecydowanie najsympatyczniejsza postać w całym filmie i jedna z najlepiej zagranych ról. Warto dodać, że scena jego śmierci, podobnie jak kilka innych obrazów, na które natrafimy w tej produkcji, jest mocno osadzona w przekazach źródłowych.
„Czerwone maki” podejmują także dość obszernie i bardzo rzetelnie takie wydawałoby się drugorzędne problemy jak wojskowa służba medyczna i jej rola w czasie bitwy, sytuacja rannych i cierpiących na zespół stresu pourazowego, czy działalność reporterów wojennych. Mamy mnóstwo scen pokazujących szpital polowy, gdzie pełni służbę wybranka serca głównego bohatera – sanitariuszka Pola (Magdalena Żak). Z kolei dziennikarstwo frontowe to domena Redaktora (Leszek Lichota), pod którego kuratelę trafia w pewnym momencie Jędrek. Podjęcie tej tematyki w taki sposób, jak zostało to zrobione, należy zapisać na stronie zalet filmu.
Podsumowując, pod względem batalistycznym dobry film, oddający atmosferę i charakter bitwy o Monte Cassino oraz upamiętniający w godny sposób zwycięstwo żołnierzy II Korpusu, choć koneserów gatunku raczej nie zadowoli. Gorzej jest z pozostałą, niebatalistyczną częścią, co wynika przede wszystkim z takiej, a nie innej budowy scenariusza i ukształtowania najważniejszych postaci. Główne źródło problemów widziałbym w dążeniu do nadania całości swoistego rysu dydaktycznego. Wymagało to zastosowania uproszczeń i podjęcia prób uzyskania jak największej wyrazistości wybranych elementów przekazu, ze szkodą dla filmu jako całości.
Dyskusja o filmie na FORUM STRATEGIE
Autor: Raleen
Zdjęcia: materiały promocyjne producenta filmu (Kino Świat)
Opublikowano 18.05.2024 r.
| następna » |
|---|
Poprawiony: sobota, 18 maja 2024 16:26



.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)


















