Termopile 480 p.n.e.

  • PDF
  • Drukuj
  • Email

Informacje o książce
Autor: Paweł Kupsik
Wydawca: Bellona
Seria: Historyczne Bitwy
Rok wydania: 2024
Stron: 278
Wymiary: 19,5 x 12,5 x 1,5 cm
Oprawa: miękka
ISBN: 978-83-11-17168-8

Recenzja
Seria wydawnicza „Historyczne Bitwy” ukazuje się już od przeszło 40 lat, nic więc dziwnego, że coraz trudniej znaleźć wydarzenia i epizody z historii wojskowości, które nie zostałyby w niej opisane. Jednocześnie specyfika cyklu sprawia, że wydawca unika powtarzania tych samych tematów. Bardzo rzadko zdarza się by odchodzono od tej reguły. Uzasadnieniem może być długi odstęp czasowy od opublikowania poprzedniej książki o tym samym tytule i nowe, przełomowe badania historyczne, jak to miało miejsce z wydanym w 2023 roku „Lenino 1943” autorstwa Kamila Anduły (dla porządku dodajmy, że wcześniejsza pozycja o tej bitwie, popełniona przez Kazimierza Sobczaka, ujrzała światło dzienne w 1983 roku, a więc 40 lat wcześniej). W związku z tym, że wiele znanych i rozpoznawalnych batalii zostało już w serii opracowanych i co za tym idzie „zajętych”, autorzy poszukując tematu na kolejnego HB-eka podążają często jedną z dwóch dróg: wybierają albo bitwy mniej znane, albo na swój sposób egzotyczne dla polskiego czytelnika i zarazem stanowiące w rodzimej historiografii terra incognita. Recenzowana książka zdaje się być od tych prawidłowości wyjątkiem, bowiem bitwę pod Termopilami z 480 roku p.n.e. kojarzy chyba każdy kto choć trochę interesuje się historią. Według autora publikacji, Pawła Kupsika homeryckie starcie hoplitów walczących z Persami o wolność Hellady nie doczekało się dotąd w polskiej literaturze historycznej odrębnego opracowania. Nie weryfikowałem na ile ma on co do tej kwestii rację, domyślam się jednak potencjalnych przyczyn takiego stanu rzeczy. Bitwa o przesmyk termopilski pojawia się natomiast w ogólniejszych opracowaniach poświęconych wojnie Greków z imperium króla królów Kserksesa, której była jednym z decydujących momentów.

Gdy sięgamy po „Termopile 480 p.n.e.”, już na wstępie rodzi się więc pytanie na ile jest to książka o tytułowym starciu, a na ile dzieło poświęcone całości zmagań grecko-perskich w początkach V wieku p.n.e. Publikacje wydawane w ramach „Historycznych Bitew”, choć jak sama nazwa serii wskazuje winny skupiać się na przedstawianych w nich bataliach, w rzeczywistości wykraczają poza nie, często dość daleko. Do pewnego stopnia jest to naturalne i nieuniknione. Ważne by zachować przy tym pewne proporcje. Te jednak kształtują się różnie, w zależności od okresu historycznego, ilości i jakości dostępnych źródeł, wreszcie charakteru samej bitwy i specyfiki większej całości, której bywa częścią. Pojawia się tutaj także miejsce na swobodę twórczą autora. Poprzez odpowiednie wyważenie owych proporcji, taki bądź inny dobór wydarzeń, ma on możliwość stworzenia własnego, oryginalnego ujęcia opisywanej tematyki.

Rzut oka na spis treści recenzowanej pozycji nie pozostawia wątpliwości, że „Termopile 480 p.n.e.” w rzeczywistości poświęcone są całej wojnie Greków z Imperium Perskim (dla porządku dodajmy, że w wojnie tej liczni przedstawiciele Hellady walczyli także po stronie owego imperium), ze szczególnym uwzględnieniem tytułowego starcia. Paweł Kupsik, przedstawiając genezę konfliktu, sięga daleko w przeszłość. Przybliżone zostało oczywiście antyperskie powstanie miast jońskich i działania ich hegemona zmierzające do jego stłumienia. Na tym nie koniec, ponieważ zarysowując tło historyczne autor wybiega ku tak ogólnym zagadnieniom jak początki i charakter państwa Achemenidów oraz greckich poleis. Z kolei w ostatnich rozdziałach przeczytamy o konsekwencjach wojny, losach jej najważniejszych bohaterów, a niekiedy także ich potomków, i upamiętnieniu tytułowej batalii w starożytności. Choć w spisie treści nie pojawiają się słowa „Maraton”, „Salamina” i „Plateje”, w tekście znajdziemy omówienie tych bitew, a w przypadku Maratonu nawet całkiem pokaźną jak na format książki analizę. Podobnie rzecz się ma z bitwą u przylądka Artemizjon, która jako jedyna (poza Termopilami) została wyraźnie wspomniana w tytulaturze rozdziałów, i tak jak Maraton doczekała się dość szczegółowych wywodów autora.

Rozdział o bitwie pod Termopilami liczy sobie 39 stron (na 253 strony – bez bibliografii, indeksów i spisu treści). Z kolei rozdział omawiający siły stron to dalsze 43 strony. Na końcu mamy jeszcze 32-stronicowy rozdział o micie termopilskim. Wszystko to i wiele, i mało… Biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z bitwą z okresu starożytności, dla której źródła są dość skąpe, właściwie historycy bazują przede wszystkim na „Dziejach” Herodota, pod względem ilościowym praca Pawła Kupsika nie wypada źle. Jak zawsze w takich sytuacjach, można się jednak zastanawiać czy autor nie mógł nieco bardziej skupić się na tytułowym starciu, zamiast wdawać się w skrótowe i ogólnikowe ze względu na format serii przedstawianie innych wątków. Nie chciałbym przez to powiedzieć, że zarysowywanie szerszego tła i ukazywanie genezy wydarzeń jest zbędne. Chodzi o zachowanie właściwych proporcji. Zdaję sobie rzecz jasna sprawę, że czytelnicy mają w tym względzie różne upodobania. Pojawia się tutaj również jakże doniosły problem do kogo autor i wydawnictwo adresują tą publikację.

Zostawiając na boku sprawy ilościowe, przyjrzyjmy się samej treści książki. W najważniejszym rozdziale, poświęconym samej bitwie pod Termopilami, widać, że autor dobrze radzi sobie z ujęciem tematu na poziomie strategicznym i operacyjnym. W swoich wywodach mocno bazuje na dziele Herodota, co jak już wspominałem, jest do pewnego stopnia nieuniknione. Sięga jednak także po inne źródła, jak również do literatury przedmiotu. Pośród tej ostatniej zwracają uwagę materiały z konferencji rocznicowej „Thermopylae 2500”, która odbyła się 21 listopada 2020 roku. Paweł Kupsik nie unika snucia własnych hipotez, choć robi to ostrożnie. W większości są to próby łączenia i modyfikowania poglądów zaistniałych już historiografii. Szczególnie interesujący jest pod tym względem podrozdział „Między mitem a prawdą” (strony 168-183).

Słabiej wypada analiza bitwy na poziomie taktycznym. Starcie stoczone na niewielkiej przestrzeni, które gdyby Persowie za sprawą zdrady Efialtesa nie obeszli pozycji oddziałów Leonidasa, właściwie sprowadzałoby się do frontalnej walki w obronie naturalnej ciaśniny, aż się prosi o bardziej szczegółową analizę obejmującą omówienie uzbrojenia, formacji i sposobów walki obu stron w kontekście tej konkretnej bitwy. Autor mógł sięgnąć choćby do publikacji pod redakcją Donalda Kagana i Gregory’ego E. Viggiano „Men of Bronze: Hoplite Warfare in Ancient Grece”, która niestety nie pojawia się w bibliografii, mimo że w tych kwestiach uchodzi za jedną z bardziej znaczących pozycji i w najgorszym razie mogłaby stanowić dobry punkt odniesienia dla własnych analiz. Oczywiście rozdział o bitwie nie jest pozbawiony wątków taktycznych, interesująco wypada zwłaszcza analiza terenu zmagań. Z kolei ogólne omówienie sposobów walki charakterystycznych dla armii greckiej i perskiej zostało zawarte w rozdziale przedstawiającym siły stron – trudno jednak uznać je za zadowalające.

Osobną kwestią są hipotezy, stanowiące znaczną część obrazu przedstawianych wydarzeń. Dla starożytności, gdzie zasób informacji bywa bardzo ograniczony i wielu rzeczy musimy się domyślać, próbując odtworzyć bieg wydarzeń na podstawie szczątkowych danych i niejasnych, nieraz sprzecznych ze sobą albo wręcz niedorzecznych teksów dziejopisów, często jest to jedyna droga. Niestety odnoszę wrażenie, że niejednokrotnie zdarza się, iż hipotezy stawiane są na siłę. Przy czym nie bardzo wiadomo na czym ich twórcy opierają prawdopodobieństwo ich prawdziwości, poza bardzo teoretyczną możliwością, że odwzorowują fakty zgodnie z ich przebiegiem. Być może winny takiego stanu rzeczy jest jednak sposób wtórnej prezentacji hipotez, czyli przytaczanie ich w skrótowej, bardzo okrojonej formie, co odziera je z uzasadnienia, bez którego zdarza się, że wyglądają jako dość dowolne dywagacje. Łączy się to z szerszym problemem, jakim jest rzetelne prowadzenie polemiki naukowej i streszczanie poglądów innych tak by nie wypaczać ich sensu. Zjawisko to nie dotyczy jedynie tej pracy, chociaż miejscami także daje się w niej we znaki.

Jak już wspominałem, książka to nie tylko bitwa pod Termopilami, ale opis całej wojny grecko-perskiej. Jednym z ważniejszych starć tego okresu jest bitwa pod Maratonem. Podobnie jak w przypadku Termopil, przedstawiając przebieg walk autor korzystał zarówno ze źródeł, jak i literatury przedmiotu. Snuje też własne przemyślenia na temat ich przebiegu. Szkoda, że wśród publikacji, do których sięgnął, zabrakło „The Battle of Marathon” Petera Krentza. Pisze on, że przekaz Herodota o tym, iż Grecy biegli do ataku, da się pogodzić z rzeczywistością, bowiem Ateńczycy nie stosowali wówczas tak ciężkiego uzbrojenia ochronnego jak zwykło się uważać. Z kolei sama bitwa została stoczona w znacznie mniej zorganizowany sposób, również formacja falangi nie była wtedy tak zdyscyplinowana i regularna, jak standardowo się przyjmuje. Nawet jeśli do autora argumenty Krentza nie przemawiają, z pewnością przywołanie ich, choćby w skrótowej formie, wzbogaciłoby opis bitwy.

Paweł Kupsik zajmuje się również bitwami morskimi i działalnością flot, dochodząc niekiedy do interesujących wniosków, tyle że głównie na poziomie operacyjnym i strategicznym. Gdy przychodzi do taktyki, jego wywody ponownie pozostawiają do życzenia. Opisując manewry diekplus i periplus (strony 148-149), zadowala się stwierdzeniami, które dla czytelnika są niezrozumiałe. Podobnie rzecz się ma w przypadku opisu walk morskich koło przylądka Artemizjon (strony 192-193). W przypadku diekplus, w opisie zdecydowanie brakuje wzmianki o tym, że przepływając szybko między linią wrogich okrętów starano się zniszczyć im wiosła i taki był sens tego manewru. Na daną komendę własny okręt, płynąc szybko, równolegle do okrętu przeciwnika, nagle podnosił wiosła i przepływając tuż obok niego łamał mu wiosła, a więc faktycznie unieruchamiał go bądź znacznie ograniczał jego ruchliwość, co sprawiało, że przeciwnik był później wystawiony na taranowanie. Manewr ten uchodził za trudny i wymagał od załóg dużych umiejętności. Spóźnienie się z podniesieniem własnych wioseł skutkowało bowiem tym, że oba okręty kończyły z połamanymi wiosłami. Szkoda, że autor nie wykorzystał tutaj lepiej choćby znakomitej, przywoływanej przez niego w przypisach i bibliografii książki Tadeusza Łoposzko „Starożytne bitwy morskie”.

Spośród kwestii szczegółowych, rzucił mi się w oczy wspomniany w książce mimochodem wyczyn słynnego ateńskiego biegacza Filippidesa, który przed bitwą pod Maratonem został wysłany do Sparty, by prosić geruzję o pomoc. Zgodnie z tym co podaje autor, w ciągu dnia miał on przebiec około 230 km (strona 53). Jakże skromnie wygląda przy tym jego późniejszy bieg „maratoński” (dystans 42,195 km), choć to właśnie on przeszedł do historii. Przyznam, że wydawało mi się to nieprawdopodobne by człowiek mógł pokonać taką odległość w ciągu jednego dnia, ale sprawdziłem i okazuje się, że obecnie są organizowane biegi 24-godzinne, gdzie czołowi zawodnicy przebywają w tym czasie ponad 200 km, a najlepsi około 270 km (rekord świata wynosi 319,614 km). O ile łatwiej uwierzyć w indywidualny wyczyn, trudniej w zbiorowy, a z takim mamy do czynienia w przypadku marszu armii spartańskiej pod Maraton, gdzie ostatecznie nie zdążyła na czas. Autor podaje, że w ciągu trzech dni lacedemońscy hoplici mieli przebyć w pełnym rynsztunku 230-240 km (strona 96), czyli średnio około 80 km dziennie. Nie wzbudza to u niego żadnych wątpliwości, zasługujących choćby na to by opatrzyć ten epizod stosownym przypisem, potrafi natomiast snuć obszerne rozważania nad wyczynem nurka Skylliasa, który w czasie działań morskich koło przylądka Artemizjon miał według Herodota porzucić Persów, pośród których się znajdował, i przepłynąć 80 stadiów (14 km) pod wodą, by dotrzeć do swoich i ostrzec ich o manewrze oskrzydlającym floty przeciwnika (strona 192).

Inne zagadnienie szczegółowe, które zwróciło moją uwagę, dotyczy konstrukcji pancerza linothorax. Tradycyjnie przyjmowano, że był to pancerz zrobiony ze sklejonych ze sobą grubych warstw płótna, aż do uzyskania odpowiedniej trwałości i odporności na ciosy. Składały się na niego cztery płaty chroniące korpus (przedni, tylny i dwa boczne). Potem doszły do tego osłaniające podbrzusze tzw. pióra (pteryges), tworzące swego rodzaju spódniczkę. Autor powołuje przy tym na stronie 144 najnowsze (pochodzące z 2020 roku) badania S. Manninga, według których warstwy lnu najprawdopodobniej łączono ze sobą przez pikowanie, a nie klejenie. Dalej pisze, że z czasem linothorax zaczęto wyposażać w metalowe łuski, tworząc „pancerz laminowany”. Samo przywołanie tych badań jest z pewnością ciekawe i wartościowe, natomiast przyznam, że pierwszy raz spotykam się z terminem „pancerz laminowany”. Wśród rodzajów uzbrojenia ochronnego, które w jakiś sposób nawiązywałyby do tego, o czym pisze autor, wyodrębnia się zbroję łuskową i zbroję lamelkową (płytkową). Wspomniane przez Pawła Kupsika pokrycie linothoraxu metalowymi łuskami odpowiadałoby jednemu z tych rodzajów pancerza. Skąd więc wziął się ów „pancerz laminowany”? Podejrzewam, że z angielskiego. W języku tym zbroja łuskowa to scale armour, a zbroja lamelkowa to lamellar armour. Poza tym funkcjonuje jeszcze termin laminar armour, który dosłownie należałoby przetłumaczyć jako „pancerz warstwowy”. Jako jeden z rodzajów takiego pancerza wskazuje się rzymską lorica segmentata. Z kolei dla typowych zbroi płytowych jest w angielskim termin plate armour. Tymczasem lorica segmentata zaliczana jest u nas do zbroi płytowych. Bywa też określana jako pancerz folgowy (segmentowy). O ile „warstwowość” samego linothoraxu uzasadniałaby nazywanie go „pancerzem warstwowym”, to w kontekście wspomnianego przez autora pokrycia jego powierzchni łuskami, należałoby raczej określać jego tak zmodyfikowaną wersję zbroją łuskową, ewentualnie lamelkową. Sam przymiotnik „laminowany”, jeśli z czymś się kojarzy, to przede wszystkim z dostępną w większości punktów kserograficznych usługą laminowania. Wygląda więc na to, że autor nie do końca świadomie posługuje się jakimś nowotworem językowym.

Ciekawie wypada ostatni rozdział „Mit termopilski” (strony 222-251), poświęcony dziedzictwu bitwy. Tytułowa batalia już przed wiekami obrosła legendą, jest więc o czym pisać. Autor przedstawia jej upamiętnienie i tradycje z nią związane, poczynając od czasów starożytnych. W kolejnych stuleciach heroicznym zmaganiom hoplitów Leonidasa zaczęto nadawać coraz bardziej uniwersalne znaczenie. Takie wątki pojawiają się w pracach historycznych i samo poruszanie tego rodzaju zagadnień nie stanowi niczego nowego, autor sięgnął jednak także do współczesnej popkultury i pokusił się o krótkie recenzje czy też komentarze do współczesnych filmów o bitwie. Wybiegają one poza utarte schematy prac naukowych i popularnonaukowych, stanowiąc jedną z zalet książki. Znawcy tematu z pewnością woleliby jednak, żeby zamiast tego więcej miejsca i uwagi poświęcono właściwej analizie tytułowego starcia.

Od strony językowej przyznam, że na początku lektury byłem pod bardzo pozytywnym wrażeniem, ale potem stopniowo czar pryskał. W większości tekst jest sprawnie napisany, autorowi zdarzają się jednak karygodne powtórzenia wyrazów, i to bywa, że w ramach tego samego zdania. Rzuca się też w oczy anglicyzm w postaci nazywania od czasu do czasu wodzów/dowódców/przywódców „liderami” (np. strony 112 i 189), czy nazywanie floty „armią morską” (np. strony 88 i 189). Nie jest moją rolą enumeratywne wyliczanie w recenzji błędów językowych, wspomnę więc w tym miejscu jeszcze tylko o jednym, mniej oczywistym: na stronie 187 możemy przeczytać, że „O zbieżności walk z obrzędami w Eleuzis napomina w żywocie Temistoklesa również Plutarch”. Otóż „napominać” według internetowej wersji „Słownika języka polskiego” PWN to tyle co „zwrócić komuś uwagę, przestrzec przed czymś lub nakazać spełnienie obowiązku”. Napomina się kogoś, a o czymś albo o kimś można wspominać albo napomykać. Jednakże ogólnie, zwłaszcza na tle panujących obecnie na rynku wydawniczym standardów, nie jest tak źle.

Bogata, kolorowa wkładka graficzna stała się od pewnego czasu znakiem rozpoznawczym serii „Historyczne Bitwy” i pozytywnych zmian ostatnio w niej zachodzących. Nie inaczej jest w przypadku „Termopil 480 p.n.e.”, gdzie pojawiają się dwie takie wkładki: jedna 16-stronicowa, i druga 8-stronicowa. Pierwsza zawiera różnego rodzaju zdjęcia i reprodukcje rysunków oraz ilustracje wojowników autorstwa Artura Klimko. Druga wkładka to mapy przedstawiające rozwój terytorialny państwa perskiego w latach 559-486 p.n.e., walki grecko-perskie w latach 499-490 p.n.e., wyprawę Kserksesa w latach 480-479 p.n.e., kolejne fazy bitwy pod Termopilami w lecie 480 p.n.e. (4 strony) i bitwę pod Salaminą w trzeciej dekadzie września 480 p.n.e. Jak widać, mapy obejmują zarówno zagadnienia bardzo odległe od tematyki książki, jak i samą tytułową bitwę. Te poświęcone walkom o przesmyk termopilski wzbogacają analizę taktyczną bitwy. Bibliografia książki liczy sobie 7 stron, z czego przeszło 2 stanowią źródła. Wśród opracowań gwiazdką zaznaczono materiały ze wspomnianej wcześniej konferencji rocznicowej „Thermopylae 2500”. Na końcu znajdziemy indeksy osobowy i geograficzny. Ich obecność (dawniej różnie z tym bywało) stała się ostatnio kolejnym dobrym standardem serii.

Podsumowując, bardziej jest to książka przedstawiająca cały okres zmagań między Grekami a Persami w obronie wolności Hellady niż samą bitwę pod Termopilami, będącą jednym z ich decydujących momentów, co nie oznacza, że właściwy temat został przez autora zaniedbany. Można dyskutować do jakiego stopnia taki stan rzeczy wymusza skąpa ilość źródeł i specyfika opisywanych wydarzeń, a na ile jest to świadoma decyzja piszącego. Wydaje się, że o tytułowym starciu można było napisać nieco więcej, mimo wszystko dowiadujemy się o nim z książki całkiem sporo. Widać, że autor lepiej radzi sobie na poziomie strategicznym i operacyjnym niż taktycznym. Jeśli chodzi o tę ostatnią sferę, gubi się niekiedy, zwłaszcza gdy przychodzi do kwestii stricte militarnych. Odniosłem także wrażenie, że najlepiej czuje się omawiając zagadnienia kulturowe. Podejrzewam, że znawców i pasjonatów starożytności publikacja raczej nie zadowoli, natomiast dla tych, którzy na co dzień nie obcują z historią epoki, może być dobrym wprowadzeniem w przedstawione w niej wydarzenia.

Autor: Raleen

Opublikowano 23.04.2024 r.