Powstaniec 1863

  • PDF
  • Drukuj
  • Email

Informacje o filmie
Reżyseria: Tadeusz Syka
Scenariusz: Tadeusz Syka
Premiera: 9 stycznia 2024 (świat), 12 stycznia 2024 (Polska)
Produkcja: Polska
Czas trwania: 1 godz. 50 min.

Recenzja
W 2023 roku obchodziliśmy 160 rocznicę wybuchu powstania styczniowego. Jako że trwało ono aż do początków 1865 roku, można powiedzieć, że nadal obchodzimy jego 160-lecie. Nie jest to bardzo okrągła rocznica, ale dobry pretekst by przypomnieć o tym największym, a zarazem najbardziej dramatycznym zrywie niepodległościowym Polaków. Powstanie styczniowe w chwili, gdy się rozpoczynało miało najmniejsze szanse powodzenia w porównaniu dwoma wcześniejszymi insurekcjami: kościuszkowską i listopadową. Powstańcy nie dysponowali żadnymi regularnymi formacjami zbrojnymi, nie kontrolowali ani nie byli w stanie zdobyć stałej kontroli nad jakąkolwiek znaczącą częścią ziem polskich, okupowanych przez liczne oddziały rosyjskie, zaś władze powstańcze musiały funkcjonować w warunkach konspiracyjnych. Jednakże to właśnie powstanie styczniowe trwało najdłużej, a jego stłumienie, mimo licznych atutów politycznych i militarnych, jakie posiadała carska Rosja, okazało się dla niej nie lada wyzwaniem. Tym co w największym stopniu przesądziło o takim obliczu styczniowego zrywu, był znacznie szerszy niż w przypadku powstania kościuszkowskiego i listopadowego udział w nim wszystkich grup społecznych. Rosja zmobilizowała potężne siły, ogółem znacznie przewyższające to co rzucono przeciwko wcześniejszym wystąpieniom narodowowyzwoleńczym Polaków. Asymetria sił i środków, jakimi dysponowały strony sprawiła, że wojna przybrała charakter partyzancki. Brutalność i bezwzględność działań wojennych (palenie miast i wsi oraz mordy na ludności cywilnej), a także popowstaniowe represje (egzekucje i zsyłki na Sybir, konfiskaty majątków) nastąpiły na znacznie większą skalę niż to miało miejsce wcześniej.

 

 

„Powstaniec 1863” przybliża tamten okres naszych dziejów, pokazując go przez pryzmat jednego z jego bohaterów – księdza Stanisława Brzóski, i dowodzonego przezeń oddziału partyzanckiego. Była to prawdopodobnie ostatnia formacja powstańcza istniejąca jeszcze na początku 1865 roku i mniej więcej w tym czasie rozbita przez wojska rosyjskie. Sam ksiądz ukrywał się potem przez jakiś czas, jednak na wiosnę został schwytany, a następnie powieszony na rynku w Sokołowie Podlaskim 23 maja 1865 roku. Film rozpoczyna się od sceny przedstawiającej Antoniego Lemańczyka, weterana powstania styczniowego (w tej roli Daniel Olbrychski), który fałszuje datę urodzenia by wziąć udział w obronie Warszawy w 1920 roku. Ów stary żołnierz, będący kiedyś członkiem oddziału ks. Brzóski, po latach postanawia ponownie chwycić za broń w walce z Rosjanami. Po tym wstępie akcja przenosi się do czasów powstania styczniowego, a dokładniej do okresu je poprzedzającego. Zwieńczeniem obrazu, niejako klamrą spinającą go w całość, jest scena walk w obronie stolicy w 1920 roku.

Po premierze filmu, podobnie jak to bywało w ostatnich latach z innymi polskimi produkcjami historycznymi, odezwały się rytualne już narzekania na scenariusz, w którym upatruje się głównych jego słabości. Nie chciałbym generalizować, ale czasami odnoszę wrażenie, zwłaszcza w odniesieniu do mainstreamu, że ta krytyka (niekiedy bardzo zjadliwa) spowodowana jest faktem kto wyłożył środki na powstanie tych filmów oraz kto jest ich producentem. Nie będę rozwijał tematu, z grubsza wiadomo o co chodzi. W jakiejś mierze trudno się jednak nie zgodzić i dotyczy to także „Powstańca 1863”, choć co do szczegółów mam w kilku miejscach odrębne zdanie. Można więc zarzucić scenarzyście i reżyserowi (w tym przypadku to jedna i ta sama osoba), że niektóre postacie są za mało wyraziste i zbyt jednowymiarowe. Zwłaszcza głównemu bohaterowi powinien nadać nieco więcej głębi. Nie jest on jednak znowu taki płytki, jak chcą niektórzy. Jednocześnie film bywa krytykowany za to, że wprowadza naraz zbyt wiele wątków. Z tym ostatnim akurat trudno mi się zgodzić, ponieważ przedstawienie, chociaż w formie wzmianki, szerszego kontekstu wydarzeń uważam za istotne.

 

 

Patrząc na scenariusz od strony historycznej, ale i pewnej logiki, która powinna towarzyszyć konstrukcji fabuły, powstanie styczniowe zostało ukazane przez pryzmat konfliktu dwóch głównych antagonistów: majora Zacharego Maniukina i księdza Stanisława Brzóski, oraz dowodzonych przez nich oddziałów. Rzecz w tym, że walki toczyły się w całym kraju, nie tylko na Podlasiu, brały w nich udział setki ludzi i stoczono mnóstwo bitew i potyczek (łącznie ponad tysiąc). Przy tym żaden ze wspomnianych bohaterów, ani inne występujące w filmie postaci, nie byli kluczowi dla losów powstania jako takiego. Sęk w tym, by po obejrzeniu filmu widz nie wyszedł z przeświadczeniem, że wyglądało to inaczej, by jakoś to tło zaznaczyć. O ile po stronie polskiej względnie się to udało, a brak szerszej perspektywy dobrze oddaje atmosferę odizolowania powstańców od innych oddziałów i od dokładnych wiadomości o sytuacji w kraju, to po stronie rosyjskiej wygląda to już gorzej. Siły zwalczające powstanie reprezentują dwie osobistości: wspomniany już major Zachary Maniukin, zwany „katem Podlasia”, i książę minister Władimir Czerkasski. Poza nimi mamy u Rosjan wyłącznie postacie drugoplanowe, a właściwie trzecioplanowe.

Gdy oglądamy jedną z pierwszych scen, gdzie major Maniukin konferuje w pałacu jak równy z równym z księciem Czerkasskim i przyglądamy się potem jak ów major zostaje głównym dowódcą zwalczającym powstanie, każdemu kto choć trochę orientuje się w historii wojskowości musi zapalić się czerwona lampka. Co oficer tak niskiej rangi – w porównaniu z księciem ministrem – robi u niego w pałacu? Przecież w hierarchii wojskowo-urzędniczej carskiej Rosji obu tych panów dzieliła bezdenna przepaść. Gdyby Maniukin posiadał stopień majora, nie byłoby mowy o jakimkolwiek spoufalaniu się ani nawet w miarę równorzędnych relacjach z Czerkasskim. Oficerowie w stopniu majora zazwyczaj dowodzili batalionami. Nijak nie mógł on więc dowodzić jakimiś bardziej znaczącymi siłami, tak jak to sugeruje film. Przyznam, że sam drapałem się po głowie już podczas seansu… do czasu aż sprawdziłem. Otóż Zachary Maniukin był w rzeczywistości generałem lejtnantem (przekładając to na rangi Wojska Polskiego – generałem dywizji), a więc cztery stopnie wyżej. To bardzo duża różnica. I w tym układzie wszystko się zgadza. Generał lejtnant jak najbardziej mógł być w miarę równorzędnym partnerem podczas dyskusji dla księcia ministra. Zdaję sobie sprawę, że twórcy filmów nie muszą trzymać się wiernie historii, ale nie znajduję żadnego sensownego powodu, dla którego głównego adwersarza ks. Brzóski zdegradowano do stopnia majora. Wygląda to na błąd scenarzysty. Niestety, w tym przypadku nie stanowi on jednej z wielu kwestii historycznych, które można zignorować, ponieważ oddziałuje na odbiór filmu jako całości. Problem w tym, że na podstawie powyższego można odnieść wrażenie, iż powstanie styczniowe to nie był ruch ogólnonarodowy, ale jakaś lokalna „ruchawka”. Inną kwestią jest mundur Maniukina, zwłaszcza dystynkcje jego stopnia, które prawdopodobnie także są błędne, ale to już kwestia szczegółowa, dla specjalistów.

 

 

Rozpisałem się o Maniukinie i tym jak ogólnie powstanie prezentowane jest w filmie, ale wydaje mi się, że ma to istotne znaczenie, skoro film pojawił się na rocznicę i stawia sobie za zadanie przybliżać to wydarzenie. Powyższa kwestia, przynajmniej od strony historycznej, jest najsłabszym punktem scenariusza. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że od strony fabularnej dla niektórych ważniejsze będzie co innego. Przyznam, że nie jestem tutaj ani zbyt zachwycony, ani zbyt krytyczny. Mało to recenzenckie, wiem. Jeśli coś mnie razi, to bardziej pojedyncze rzeczy czy wręcz sceny. Najbardziej zazgrzytałem zębami podczas rozmowy między Brzóską a dwiema paniami, w tym emisariuszką władz powstańczych hrabiną Antoniną Konarzewską (w tej roli Karolina Szymczak), gdy dowiaduje się on o tym, że dalszej pomocy dla jego oddziału nie będzie. Chodzi o kwestię, którą wygłasza wtedy główny bohater, dotyczącą sensu ofiary. To jedyny moment, w którym grający go Sebastian Fabijański zawiódł mnie aktorsko i to mocno.

Mało wiarygodna wydaje się scena z początku filmu, kiedy to młodzi rekruci podczas wojny 1920 roku naśmiewają się z dziadka-weterana Antoniego Lemańczyka, który wraz z nimi przyszedł się zaciągnąć. Weterani powstania styczniowego w II Rzeczypospolitej otaczani byli wielkim szacunkiem. Przykład szedł tu z góry. Sam marszałek Józef Piłsudski salutował im jako pierwszy. Na mocy ustawy z 1919 roku wszyscy otrzymali stopień podporucznika (bądź wyższy, jeśli taki uzyskali w powstaniu), stałą pensję wypłacaną przez państwo i nosili dedykowane im mundury. Mogli też mieszkać w specjalnie utworzonych dla nich schroniskach. Niby podczas filmu grający weterana Daniel Olbrychski, przynajmniej na samym początku, wydaje się, że nie nosi owego specjalnego munduru, ale potem zostaje zidentyfikowany i od razu tytułują go porucznikiem. Jak już jesteśmy przy scenach dotyczących wojny 1920 roku, które pojawiają się epizodycznie na początku i na końcu filmu, nie podoba mi się także w samym jego zakończeniu nagłe urwanie sceny natarcia.

 

 

Słabym punktem recenzowanego dzieła jest niewątpliwie brak większej sceny batalistycznej. Podejrzewam, że dały o sobie znać ograniczenia finansowe. Mamy jednak kilka mniejszych starć, a także pościgi i pojedynki. Najefektowniej wygląda atak na rosyjski garnizon w chwili wybuchu powstania. Później w pewnym momencie dochodzi do większej bitwy i widzowi może się wydawać, że wreszcie się doczekał i to właśnie ten moment, ale wtedy pojawia się symboliczna scena o wydźwięku religijnym i nagle wszystko się urywa, a chwilę potem obserwujemy już pobojowisko i sytuację po bitwie. Owa symboliczna scena niestety nie grzeszy logiką, widzimy bowiem pędzącego na pierwszym planie księdza Brzóskę z wzniesionym w górę drewnianym krzyżem, tak jakby chciał nim uderzyć kogoś po głowie. Nawiązanie do przedstawień poległego kilkadziesiąt lat później pod Ossowem księdza Ignacego Skorupki wydaje się oczywiste. Rozumiem chęć symbolicznego wyeksponowania księdza Brzóski, tyle że w filmie wygląda to trochę karykaturalnie, bowiem biegnie on nieuzbrojony na wroga, w pierwszym szeregu, w zasadzie przed swoimi żołnierzami, przy czym wiadomo, że wierny swojej profesji i przekonaniom nie zamierza walczyć.

Skoro już jesteśmy przy wątku religijnym, ogólnie odgrywającym u Tadeusza Syki ważną rolę, w kilku momentach pojawiają się fragmenty ukazujące przeżycia duchowe księdza Brzóski. Ze względu na głównego bohatera, ta warstwa filmu musiała zaistnieć i bardzo dobrze się stało, że została wyraźnie zarysowana. Różnie można te sceny kontaktu z siłami nadprzyrodzonymi interpretować: jako chwilę głębszej refleksji nad otaczającą rzeczywistością, rozmowę z Bogiem (modlitwę), apoteozę Brzóski, a być może wszystkie powyższe po trochu. Są one niewątpliwie potrzebne, natomiast jako, że występują dość licznie, przydałoby się, żeby były bardziej zróżnicowane, ponieważ z czasem staje się to trochę monotonne.

 

 

Kolejnym tematem są obrazy rodem z kina akcji, których wiarygodność w świetle realiów militarnych epoki i praw fizyki budzi spore wątpliwości. Tego rodzaju zabiegi bywają zazwyczaj wdzięcznym przedmiotem krytyki i recenzowana produkcja nie stanowi tutaj wyjątku. Nie chciałbym zdradzać zbyt wielu szczegółów, ale widzowie mogą spodziewać się przynajmniej jednej „epickiej” ucieczki i jednego równie „epickiego” pojedynku. Mamy do czynienia z kinem historycznym, trudno więc ignorować te kwestie. Jednocześnie rozumiem, że istnieje spore grono widzów, które oczekuje takich scen. Ważne, by nie przeważały one w filmie, nie nadawały mu tonu, i by poza tego rodzaju pojedynczymi epizodami, reszta trzymała się realiów. Uważam, że w „Powstańcu 1863” zachowano pod tym względem zdrowe proporcje.

W przeciwieństwie do wielu komentujących film, nie do końca podoba mi się scena ukazująca egzekucję księdza Brzóski, a dokładniej jego ostatnia przemowa, gdy stoi na szafocie. Jest w niej jakaś fałszywa nuta. Trudno mi to dokładnie określić, ale coś z atmosfery współczesnego wystąpienia na wiecu politycznym czy na stadionie. Przyznam, że akurat tutaj spodziewałem się czegoś trochę bardziej wzniosłego. Z drugiej strony, kto wie jak to dokładnie było… Ksiądz nie przemawiał przecież jak profesor na katedrze. Wiedział, że za chwilę zginie i że nie dadzą mu zbyt długo mówić. Musiały nim targać skrajne emocje, nawet jeśli tego nie okazywał.

 

 

Jak do tej pory skupiłem się na wadach i słabych punktach filmu, pora więc napisać o jego dobrych stronach. Kluczowe jest moim zdaniem właściwe oddanie atmosfery powstania styczniowego, uchwycenie sensu tego wydarzenia historycznego. To się reżyserowi w większości udało. Zdarza się, że recenzujący go niemal całkowicie skupiają się na warstwie fabularnej, zupełnie tę płaszczyznę ignorując. Można więc trafić na różne rozważania na ile ciekawie i wciągająco zostały oddane relacje między głównymi postaciami, czy film udanie wpisuje się w takie bądź inne schematy fabularne itd. Tymczasem to miał być film o powstaniu styczniowym, zresztą sam tytuł wprost do tego nawiązuje, a nie jakaś historyjka luźno osadzona w realiach historycznych XIX wieku, spełniających w gruncie rzeczy drugorzędną rolę.

Widzimy więc pokazane bardzo obrazowo, ale i emocjonalnie poprzedzające powstanie represje rosyjskie względem Polaków. Deptane jest wszystko co ma dla nich szczególną wartość, w tym wiara katolicka (to tutaj, już na wstępie, poznajemy majora Maniukina). Przedstawiono w dosadny, ale i nieszablonowy sposób jak wyglądała rosyjska praworządność (bardzo dobrze, przynajmniej z początku, grający księcia Czerkasskiego Cezary Pazura). Obserwujemy początki powstania i towarzyszący mu chaos organizacyjny i decyzyjny. Możemy poczuć atmosferę mroźnej styczniowej nocy. Bardzo zręcznie i zarazem w sposób atrakcyjny dla widza pokazano rolę kobiet podczas insurekcji, szczególnie emisariuszki władz powstańczych Antoniny Konarzewskiej (Karolina Szymczak). Kobiety nie walczą i twórcy filmu nie zapisują ich na siłę do oddziałów powstańczych, a jednak nie są postaciami całkowicie drugoplanowymi. Udało się więc uniknąć sięgania do stereotypowych feministycznych schematów. Adekwatnie do roli, którą pełnili w tamtych czasach, przedstawieni zostali Żydzi, po cichu starający się wspierać powstańców, a jednocześnie jakoś przeżyć. Jest to obraz w gruncie rzeczy pozytywny. Są to oczywiście pojedyncze elementy układanki, ale składają się one na szerszą wizję, jaką widz wyniesie po wyjściu z kina.

 

 

Realistycznie została także pokazana armia rosyjska i relacje w niej panujące. Z jednej strony stosunkowo nowoczesne jak na owe czasy siły zbrojne, z drugiej zwyczaje sprzed wieków, zwłaszcza jeśli chodzi o traktowanie szeregowych i podoficerów przez wyższych rangą. Obraz żołnierzy chętnie zaglądających do butelki i sięgających po machorkę nie jest powodowany stereotypami. Tego rodzaju zjawiska występowały wówczas nie tylko u Rosjan. W pewnym momencie mamy okazję dość szczegółowo przyjrzeć się jak wyglądał rosyjski szpital wojskowy i ówczesna służba zdrowia, co nie jest takie częste w filmach. Warto tutaj także wspomnieć o prostym zabiegu pozwalającym widzowi lepiej wczuć się w „klimat”: Rosjanie cały czas mówią po rosyjsku, a u dołu ekranu mamy tłumaczenie w formie napisów. Jeśli chodzi o uzbrojenie i wyposażenie, jak wspominałem, mam poważne wątpliwości co do munduru majora Maniukina, jednak w większości, na ile jestem w stanie ocenić, wydaje się ono poprawne.

Sceny walk, może z wyjątkiem jednej czy dwóch, gdzie dały o sobie znać wpływy kina akcji, przedstawiają się realistycznie. Widać, że ówczesna broń palna, to nie pukawki z dawnych wieków i podczas starć co rusz ktoś pada zabity bądź ranny. Trup ściele się po obu stronach, a powstańcy nie są nietykalnymi herosami. Tak też było w rzeczywistości. Oddziały insurekcyjne, jako formacje nieregularne, na ogół słabiej wyszkolone niż Rosjanie, zazwyczaj ponosiły w starciach z nimi większe straty. W filmie pokazano nowoczesne uzbrojenie, którym w niewielkich ilościach dysponowali Polacy. Przewyższało ono to będące w dyspozycji żołnierzy rosyjskich. Dobry przykład stanowi tutaj weteran amerykańskiej wojny secesyjnej, sierżant Franciszek Wilczyński (w tej roli znakomity Ksawery Szlenkier), posługujący się rewolwerem Colta. W użyciu w czasie powstania była więc broń obcej produkcji, nieraz z dalekich stron, np. amerykańskie wielostrzałowe karabiny Henry’ego i Spencera, chociaż większość powstańców w filmie, zgodnie z prawdą, uzbrojona jest w kosy i broń białą.

 

 

Jeśli chodzi o wątek religijny, nie są to sprawy łatwe do przekazania współczesnemu widzowi w sposób atrakcyjny i przekonywujący. Tym bardziej, gdy jak w „Powstańcu 1863” poświęca się im więcej miejsca. Z jednej strony łatwo popaść w banał, z drugiej w hagiografię. Jednego i drugiego udało się reżyserowi uniknąć. Dużą pracę nad sobą wykonał tutaj także odtwórca głównej roli – Sebastian Fabijański. Ksiądz Brzóska w jego wykonaniu przypomina kapłana z tamtych czasów, a zarazem jest człowiekiem z krwi i kości. Również elementy religijne pojawiające się w filmie, takie jak wystrój kościołów, przebieg nabożeństw i sposób ukazania wiary przeżywanej wówczas nieco inaczej niż dziś, wyglądają prawdziwie. Osobny wymiar stanowią sceny oddające przeżycia duchowe księdza Brzóski, które jak wspominałem, z czasem trącą pewną monotonią, ale poza tym zbyt wiele nie można im zarzucić.

Jeśli chodzi o grę aktorską, o której już co nieco pisałem poruszając inne wątki, poza jedną wspomnianą wcześniej sceną, dobrze wypada jako ksiądz Brzóska Sebastian Fabijański. Świetnie zagrał także Wiaczesław Boguszewski, który wcielił się w jego głównego adwersarza – majora Zacharego Maniukina. Jego bohater jest wewnątrz zły do szpiku kości, ale jeśli wierzyć źródłom, to co widzimy w filmie i tak stanowi złagodzoną wersję tej postaci historycznej. Cezary Pazura jako ironiczno-szyderczy książę Władimir Czerkasski wypada udanie, jednak od tak doświadczonego aktora jak on oczekiwałbym zaprezentowania szerszego repertuaru zachowań odgrywanej przezeń postaci. Znakomicie pod każdym względem wypadł Ksawery Szlenkier, który wcielił się we Franciszka Wilczyńskiego, powracającego z Ameryki brata księdza Brzóski. Bardzo podobał mi się także w roli młodego Antka Lemańskiego Eryk Biedunkiewicz. Wykreowana przez niego postać młodego powstańca wygląda wręcz ikonicznie. Sądzę, że za jego sprawą film ma szansę trafić do młodszych widzów. Karolina Szymczak jako hrabina Antonina Konarzewska jest jedyną wyrazistszą postacią żeńską (poza nią mamy jeszcze w filmie Ewę Szykulską, grającą wdowę), a mimo to z powodzeniem zagospodarowała wątek kobiecy. Również pozostałym aktorom (warto wspomnieć zwłaszcza Olgierda Łukaszewicza grającego biskupa Piotra Pawła Beniamina Szymańskiego, Marcina Kwaśnego grającego Lachowicza czy Daniela Olbrychskiego grającego będącego już dziadkiem Antoniego Lemańskiego) nie można niczego zarzucić. Warto dodać, że w wielu przypadkach udało się osiągnąć daleko idące podobieństwo wizualne między postaciami występującymi w filmie a ich historycznymi pierwowzorami.

 

 

Podsumowując, film świetnie oddaje atmosferę powstania styczniowego i z grubsza pokazuje czym ono było w ówczesnych warunkach społeczno-politycznych. Wiele rzeczy udało się w nim zrobić dobrze, a nawet bardzo dobrze. Do mocnych stron filmu należy niewątpliwie zaliczyć grę aktorską. Na poziomie fabularnym dają o sobie znać pewne niedostatki scenariusza, ale tym co mnie bardziej razi są pojedyncze sceny czy epizody. Szkoda o tyle, że tych kilku zgrzytów z powodzeniem można było uniknąć. Jakiś wpływ na ostateczny kształt filmu miały zapewne ograniczenia finansowe, przejawiające się choćby w braku większej sceny batalistycznej. Poza tym widać, że tak naprawdę dopiero w ostatnich latach, dzięki mecenatowi państwowemu (a dokładniej spółek Skarbu Państwa), na poważnie wróciliśmy do kręcenia filmów historycznych i nadal jesteśmy na etapie przecierania sobie drogi, którą inni już pokonali. Otwartym pozostaje pytanie czy w najbliższym czasie będziemy nią dalej podążać i pojawią się kolejne, miejmy nadzieje coraz lepsze, produkcje, czy przystaniemy gdzieś na poboczu. Mimo pewnych mankamentów sądzę, że dzieło Tadeusza Syki warte jest obejrzenia. Film w godny sposób upamiętnia powstańców styczniowych i jednego z ich najbardziej charyzmatycznych przywódców – księdza Stanisława Brzóskę.

Dyskusja o filmie na FORUM STRATEGIE

Autor: Raleen
Zdjęcia: materiały promocyjne producenta filmu (Kino Świat)

Opublikowano 19.01.2024 r.

Poprawiony: piątek, 19 stycznia 2024 12:44