Orzeł. Ostatni patrol

  • PDF
  • Drukuj
  • Email

Informacje o filmie
Reżyseria: Jacek Bławut
Scenariusz: Jacek Bławut
Premiera: 12 września 2022 (świat), 14 października 2022 (polska premiera kinowa)
Produkcja: Polska
Czas trwania: 1 godz. 44 min.

Recenzja
Morskim narodem nigdy nie byliśmy, niewiele mamy więc epizodów marynistycznych, które zaznaczyłyby się w naszych dziejach, tak by przeciętny obywatel kraju nad Wisłą od razu wiedział o co chodzi. Historia okrętu podwodnego ORP „Orzeł” stanowi znamienity wyjątek. Nie odznaczył się on zatopieniem dużej ilości tonażu ani wieloma spektakularnymi akcjami bojowymi, ale brawurowa ucieczka z Tallina, pokonanie Cieśnin Duńskich bez map nawigacyjnych i wreszcie tajemnicze zniknięcie jednostki w niewyjaśnionych okolicznościach sprawiły, że okręt przeszedł do legendy.

Nic dziwnego, że już w latach 50-tych losy „Orła” w wersji fabularyzowanej trafiły na srebrny ekran. Reżyserem pierwszego filmu o nim był Leonard Buczkowski. Opowiadał on całościowo historię okrętu przy czym niektóre fakty zostały potraktowane dość luźno. Warto choćby wspomnieć, że zmieniono nazwiska oficerów: kmdr por. Kłoczkowski stał się kmdr. por. Kozłowskim, kpt. Grudziński – kpt. Grabińskim, por. Piasecki – por. Pileckim. W tym roku, po przeszło pół wieku doczekaliśmy się kolejnego filmu o „Orle”, w reżyserii Jacka Bławuta. W przeciwieństwie do poprzedniej produkcji, film „Orzeł. Ostatni patrol”, jak sam tytuł wskazuje, obejmuje wyłącznie ostatnie dni jednostki. Takie zawężenie tematu ma daleko idące konsekwencje.

 

 

Jeśli poszukiwać punktów odniesienia, drugim obok filmu Buczkowskiego był z pewnością słynny „Das Boot” („Okręt”) Wolfganga Petersena, stanowiący klasykę gatunku. Wręcz odnoszę wrażenie, że reżyser zrobił swój film w opozycji do tych dwóch obrazów. Chęć opowiedzenia historii inaczej, stworzenia czegoś co niesie z sobą nową wartość artystyczną jest w takiej sytuacji rzeczą naturalną. W końcu nie po to siada się za kamerą, żeby „powtarzać” dzieła poprzedników. Tutaj z racji podobnej tematyki i dość charakterystycznej konwencji łatwo o porównania.

Od „Orła” z 1958 roku film Jacka Bławuta odróżnia przede wszystkim dbałość o szczegóły historyczne. Zabieg tego rodzaju jak zmiana nazwisk oficerów jednostki na inne niż historyczne byłby w tym przypadku nie do pomyślenia. Na tym jednak rzecz się nie kończy. Wiele uwagi poświęcono różnym detalom historycznym i nawet jeśli nie wszystko się zgadza, nie można odmówić ekipie Bławuta w tej materii zaangażowania. Sporo uwagi poświęcono także doborowi aktorów. Wielu z nich do złudzenia przypomina grane postacie. Przy takim samym czasie trwania filmu co u Buczkowskiego decyzja o skupieniu się na ostatnim patrolu „Orła” sprawia, że mamy do czynienia z dwoma zupełnie innymi opowieściami. Przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę, że jeśli zaczniemy przyglądać się sukcesom bojowym „Orła”, w porównaniu z najsłynniejszymi U-Bootami i okrętami podwodnymi aliantów wypada on dość blado, choć ucieczka z Tallina czy przejście z Bałtyku na Morze Północne z pewnością były spektakularnymi wydarzeniami. Reżyser rezygnując z pokazywania całej historii jednostki unika więc tego typu porównań. Zamiast tego koncentruje się na jej tajemniczym, do dziś niewyjaśnionym zatonięciu. Film jest więc do pewnego stopnia anatomią katastrofy, zarazem przez pryzmat kilku ostatnich dni „Orła” stara się ukazać losy naszych rodaków walczących przeciwko III Rzeszy po upadku Polski w 1939 roku.

 

 

„Das Boot” („Okręt”) to chyba najsłynniejszy film poświęcony okrętom podwodnym. Niełatwo snuć porównania, a tym bardziej krytykować produkcję stanowiącą absolutną klasykę gatunku. Dzieło Wolfganga Petersena, choć miejscami do bólu realistyczne i bardzo przekonujące, pozostawia w nas jednak wrażenie, że gdyby Niemcy mieli nieco więcej U-Bootów z tak dzielnymi załogami, jak ta przedstawiona w filmie, kto wie jak potoczyłyby się losy II wojny światowej. Tymczasem U-Booty, jak wspaniali by nie byliby ich dowódcy oraz załogi, nie mogły przechylić szali wojny na morzach na korzyść III Rzeszy. Statystyki mówią, że podczas całej wojny spośród 830 użytych operacyjnie okrętów niemieckich 784 zostały utracone, co stanowi 94%. „Das Boot” nie pomija tego wątku, ale heroiczna historia tytułowej jednostki, w połączeniu ze wspaniałą muzyką, spycha te kwestie na dalszy plan. „Das Boot” jeszcze pod jednym względem „zafałszowuje” historię okrętów podwodnych. Podobnie jak robi to większość filmów, w naturalny sposób skupia się on na najbardziej spektakularnych wydarzeniach: namierzaniu wrogich statków i okrętów, wystrzeliwaniu torped, a następnie ucieczkach w morskie odmęty przed bombami głębinowymi. W rzeczywistości wszystko to stanowiło krótkie epizody w żmudnej, monotonnej służbie, gdzie bywało, że przez cały patrol nie natrafiano na żadną jednostkę pływającą własną ani przeciwnika. Z kolei okręty podwodne tonęły nieraz z prozaicznych powodów. Często decydowały proste błędy techniczne i niedopatrzenia. „Das Boot”, mimo wielu zabiegów mających maksymalnie realistycznie pokazać losy niemieckich okrętów podwodnych i ich załóg, jest jednocześnie w pewnym sensie filmem „romantycznym”. Na tym tle film Jacka Bławuta jawi mi się jako „pozytywistyczny”.

 

 

Reżyser i jednocześnie scenarzysta „Orła” przez lata był dokumentalistą i w jakiejś mierze odcisnęło to piętno na jego dziele. Nie śledziłem dokładnie dziejów jego powstawania, ale odniosłem wrażenie, że jednym z celów, jakie sobie stawiał, było opowiedzenie w maksymalnie wiarygodny sposób historii naszego najsłynniejszego okrętu podwodnego i jego załogi. Obejmuje to także przedstawienie przekonującej hipotezy dotyczącej jego zatonięcia. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Czy filmy fabularne o tematyce historycznej powinny ubarwiać wydarzenia, które przedstawiają, jednocześnie pomijając mniej ciekawe z punktu widzenia odbiorcy, ale istotne historycznie wątki? Do jakiego stopnia powinny posługiwać się fikcją? Często jest to wybór między obrazem barwnym i widowiskowym, ale częściowo rozmijającym się z historią a obrazem mniej barwnym i nie zawsze tak widowiskowym, ale zarazem bliższym prawdy. W zdecydowanej większości przypadków we współczesnym kinie zwycięża opcja pierwsza. Tymczasem w „Orle” do pewnego stopnia do głosu dochodzi druga. Dobrym przykładem mogą być krótkie, nieco lakoniczne dialogi między oficerami. W rzeczywistości tak to zapewne wyglądało, choć w scenariuszu można było je rozbudować i ubarwić.

 

 

Film zawiera elementy dramatu psychologicznego. Najbardziej udało się w nim oddanie „dusznej” atmosfery panującej na okręcie. Zarówno w sensie fizycznym, jak i mentalnym. Załoga wypływając na ostatni patrol miała za sobą wiele ciężkich chwil, począwszy od internowania okrętu w Tallinie. Należy pamiętać, że akcja filmu rozgrywa się w najczarniejszym dla nas okresie II wojny światowej, niedługo po tym jak Polska została pokonana przez Niemców (we współdziałaniu z Sowietami) i prą oni nieprzerwanie, zajmując kolejne kraje europejskie. Większość jednostek polskiej floty zostało zniszczonych albo internowanych. Wśród załogi musiały się więc pojawiać pytania o sens dalszej walki, a także o sposób jej prowadzenia w świetle rozkazów otrzymywanych z brytyjskiego dowództwa. Widzimy ludzi zamkniętych w ciasnej, żelaznej puszce, zmuszonych w niej przebywać całymi dniami. Stłoczenie na niewielkiej przestrzeni nie pozostaje bez wpływu na ich stan psychiczny. Okazywanemu na zewnątrz zapałowi i entuzjazmowi towarzyszą skrzętnie skrywane wyczerpanie i typowo polska melancholia. Dość oryginalnym zabiegiem filmowym są pojawiające się co jakiś czas niewyraźne, rozmyte obrazy, które widzimy jakby przez zamgloną szybę albo z zewnątrz okrętu. Można się spotkać z różnymi ich interpretacjami. Mnie te „poetyckie” fragmenty nie do końca przekonały. Przede wszystkim pojawiają się zbyt często.

Zobaczymy oczywiście mnóstwo scen podobnych do tych, które przewijają się w większości filmów o okrętach podwodnych. Zwiedzimy poszczególne części okrętu. Zajrzymy do pomieszczeń załogi i do maszynowni. Będziemy podziwiać stanowisko dowodzenia i kajuty oficerów. Doświadczymy ataku bombami głębinowymi oraz różnego rodzaju awarii, z którymi członkowie załogi będą bohatersko walczyć. Pojawią się również sceny na powierzchni wody, gdzie wraz z marynarzami będziemy mogli odetchnąć pełną piersią, o ile tylko po wynurzeniu okręt nie trafi na wrogie jednostki nawodne. I tak długo można by wymieniać. Niby wszystko to już było. Jacek Bławut zadbał jednak by jak najwierniej oddać wygląd „Orła” i scenografia naprawdę robi wrażenie. Wiele wysiłku włożono w efektowną i zgodną z realiami symulację ataku bombami głębinowymi. Film bardzo dobrze pokazuje jak szybko po zanurzeniu kończyło się na okręcie podwodnym powietrze i coraz trudniej było oddychać. Moje zastrzeżenia budzi tutaj tylko jedna ze scen, gdzie w pewnym momencie poziom nasycenia powietrza tlenem spada na tyle, że wydaje się, iż za chwilę będzie koniec, ale potem dość długo akcja toczy się dalej, tak jakby wszyscy mieli jakieś ukryte butle tlenowe.

 

 

Majstersztyk stanowi scena końcowa. Głęboka, ale zarazem bez patosu i hagiografii, nadaje sens całemu filmowi. Myślę, że wraz z rolą jaką odgrywa w niej Antoni Pawlicki przejdzie ona do historii polskiego kina. Już samo ograniczenie fabuły do ostatniego patrolu narzuca wątek przewodni w postaci odpowiedzi na pytanie jak wyglądało zatonięcie „Orła” i w jakich okolicznościach do niego doszło. Chodzi także o pokazanie ostatnich chwil załogi. Nie zdradzę którą spośród występujących w historiografii hipotez wybrał Jacek Bławut. Zaproponowana przez niego wersja wydarzeń wypada przekonująco, ale jest tylko jedną z możliwych.

„Orzeł. Ostatni patrol”, choć pod wieloma względami wpisuje się w schemat typowego filmu o okrętach podwodnych, jednocześnie bardzo się od niego różni. Przede wszystkim trudno go określić jako kino akcji. Znajdziemy w nim jednak kilka dynamicznych scen. Dzieło Jacka Bławuta stara się przedstawić wiarygodną odpowiedź na pytanie jak doszło do katastrofy ORP „Orzeł” i to mu się w moim odczuciu udaje. Zarazem ukazuje los polskich marynarzy walczących z Niemcami po klęsce wrześniowej. Odmalowuje towarzyszące im emocje, obawy i nadzieje związane z sytuacją w jakiej się znaleźli. Pozwala nam wczuć się w atmosferę tamtych dni. Kluczem do zrozumienia filmu są te słowa reżysera: W „Orle...” największy wróg siedzi w głowach członków załogi. O tym właśnie jest ten obraz – o ciszy, próbie przetrwania, determinacji i walce do końca. Nawet kiedy wydaje się, że walka jest już przegrana, moi bohaterowie nie poddają się. Mnie takie podejście i historia opowiedziana przez Jacka Bławuta przekonują, mimo pojawiających się czasami dłużyzn. Szczególną wymowę nadaje całości scena końcowa. „Orzeł” to dobry film, choć zapewne nie dla wszystkich.

Dyskusja o filmie na FORUM STRATEGIE

Autor: Raleen
Zdjęcia: materiały promocyjne producenta filmu

Opublikowano 25.11.2022 r.