Empire of the Sun (GMT Games)

  • PDF
  • Drukuj
  • Email
Tak to jest. Plany z reguły nie do końca da się zrealizować. Mieliśmy oprócz EotS grać w Great Battles of History: Cabala, Krimissos (zacząłem się powoli identyfikować ze strategosem Tymoleonem), a może nawet w premierę Devil’s Horsemen – bitwa pod Legnicą. Rozważaliśmy Eastern Front, ale te trzy egzemplarze EotS i wszystko stało się jasne. Niżej relacja z mojej gry z Andy’m w Empire of the Sun.

Dzięki uprzejmości Andy’ego mogłem zagrać z nim moją pierwszą partię w EotS niebieskimi. Jakoś poczułem do nich sympatię (zwłaszcza jak zobaczyłem te stosy posiłków czekających poza planszą). Początek w wykonaniu drużyny samurajów to „tradycyjnie zdradziecki” atak na Hawaje – a tak się nam miło z Andy’m rozmawiało przed grą… Orkiestra grała na redzie ale chłopaki szybko odrzucili akordeony… gęśle – sorry to przecież nie EF ani Devil’s Horsemen, a EotS! No więc trąbki poszły w kąt, a zagrały działka przeciwlotnicze. Nie do końca historyczny wynik starcia uświadomił Brytyjczykom, że skośnoocy nie tacy straszni. Dzięki niewysokiemu angielskiemu dowódcy, który w kabinie nawigacyjnej swego flagowego okrętu ma ponoć napis „lotnictwo głupku” przygotowano zasadzkę. Zasadzka zasadzką, ale zwycięstwo było po stronie Japonii. Malaje i Singapur należą obecnie do Japońskiej Strefy Dobrobytu i Ustawicznego Rozwoju (Filipiny jeszcze nie do końca były przekonane do wybrania tej opcji choć cesarstwo usilnie negocjowało przy pomocy bomb i granatów od początku wojny). Optymistyczne jednak było to, że ocalała część floty brytyjskiej, a Japończycy również ponieśli straty. Szeroko komentowane było pożegnanie Albionu z Hongkongiem. Lądowanie uzbrojonych japońskich turystów na Borneo jakoś nie znalazło się na pierwszych stronach gazet, za to tłumaczenie łacińskiej sentencji „fortuna kołem się toczy” robi prawdziwą karierę w prasie imperialnej w kontekście wiadomości napływających z walk w Europie. W przełożeniu na twarde realia wojskowe oznaczało to wysłanie w 1942 roku do Europy sporej ilości jednostek lotniczych, które tak bardzo są potrzebne na Pacyfiku.
Analiza doniesień amerykańskich korespondentów wojskowych prowadziła w 1942 r. do wniosku, że macki Żółtego Imperium Zła sięgnęły daleko na południe do Rabaul i Lea na Nowej Gwinei. Niemieccy obserwatorzy podkreślili z kolei perfekcyjne planowanie tej ostatniej operacji, ponieważ cesarskie sztaby posługując się doskonałymi niemieckimi szkolnymi atlasami, nie zapomniały o istnieniu szybów naftowych znajdujących się w zachodniej części tej wyspy. Uznaniu dla sojusznika towarzyszyło z trudem tłumione rozdrażnienie – przecież to właśnie Niemcom przysługuje sukcesja postholenderska, nie mówiąc o nieprzedawnionych przecież prawach do germańskich kolonii w zajmowanych ostatnio rejonach.

Amerykanów nie interesowały jednak te niuanse. Przede wszystkim postanowili osłonić Australię, której zaczęło grozić niebezpieczeństwo. W Guadalcanal znalazła się spora część ocalałej floty, wspieranej przez jednostki lądowe i lotnictwo. Wystąpiły jednak od razu pewne kontrowersje między marynarką a dowództwem lądowym. Dlatego też nikt nie był zdziwiony kiedy pierwsza zaczepna operacja USA miała charakter, jakby to ujął nowy wielki przyjaciel naszej demokracji J.W. Stalin, raczej rozpoznania bojem niż czegoś na co wszyscy czekaliśmy w te gorące dni. Tym niemniej wymiana ciosów (zwana w fachowej literaturze „trzaskaniem po szczękach na Wyspach Salomona”), w pierwszej prawdziwej amerykańsko-japońskiej bitwie powietrzno-morskiej tej wojny, była korzystna dla USA, gdyż nawet wyrównane straty oznaczały osłabienie sił japońskich w newralgicznym rejonie.

Nieoczekiwanie jednak punkt ciężkości zmagań przeniósł się do Birmy, gdzie Japończycy przeprowadzili operację, o której długo pisać będą w podręcznikach sztuki wojennej. Zaskakujący atak pewnego nieznanego do tej pory pułkownika spowodował, że żołnierze dowodzonego przez niego oddziału (ci co przeżyli) na podstawie specjalnego rozkazu Cesarza nazwani zostali „82 Synami Dżungli”. Japońscy piloci musieli zadowolić się wspólnym zdjęciem z cesarską ciotką. Po całkowitym rozbiciu mieszanych sił chińsko-hinduskich przeciwnik poszedł za ciosem i zaatakował Rangun. Wtedy do akcji wkroczyła żądna rewanżu brytyjska flota. Już wcześniej przygotowywała się do rajdu na południe w ramach operacji „Pomścimy Singapur”, jednak szalejące sztormy spowodowały zaniechanie tych śmiałych planów. Tym razem opuszczające bazę na Cejlonie brytyjskie okręty miały błogosławieństwo Neptuna, a piloci Aresa, gdyż ich brawurowa akcja spowodowała poważne straty u pewnych siebie Japończyków. Tym niemniej Rangunu nie udało się ocalić. Zaobserwowano jednak, że widok japońskiej flagi na budynkach rządowych stolicy Birmy – wydano dużą ilość stosownych widokówek – spowodował masowy napływ ochotników do armii japońskiej tak, że mogła ona szybko uzupełnić poniesione ostatnio straty.

Zaniepokojone dowództwo alianckie postanowiło podjąć kroki zmierzające do tego, aby zapewnić pełną drożność „Drogi Birmańskiej”, nawet gdyby na pewnych odcinkach miała ona przebiegać w powietrzu. W tej zmienionej sytuacji Filipiny przyłączyły się do strefy jena, zwłaszcza że toczące się na Archipelagu bitwy były meczami do jednej bramki – bez szans na zadanie choćby minimalnych strat wojskom inwazyjnym. Tym niemniej bohaterski opór w Birmie i na Filipinach zdziałał cuda. Choć po tym co zostało tu do tej pory przedstawione, wydawać by się mogło to nieprawdopodobne, doszło wkrótce do wydarzeń, które mogły zmienić losy tej wojny. Armia i flota przestały się wreszcie spierać, a oczy wszystkich zwróciły się na Wyspy Marshalla. Gdy przeciwnik skupiał swoją uwagę na dalekim Zachodzie wytężona praca sztabów, po rozwiązaniu wielu problemów logistycznych, doprowadziła do opracowania ściśle tajnych planów operacji „Kwajalein” – przewidujący, zaskakujący atak na Kwajalein. Ryzykowna to była gra wywiadowcza, ale łebscy spece od dezinformacji słusznie założyli, że najciemniej jest pod latarnią i najprawdopodobniej właśnie im zawdzięczamy sukces w wielkiej bitwie powietrzno-morskiej.

Ambitny i odważny przeciwnik nie wahał się. Japońskie lotniskowce, wspierane przez lotnictwo niepokładowe, pojawiły się niebawem aby pomścić urażoną dumę. Kody japońskie nie stanowiły jednak żadnego problemu. Działając w zgodzie z najnowszą poprawką do konstytucji USA, wzorowaną na praktyce prawa konstytucyjnego naszego radzieckiego sojusznika cytuję: „gdzie stopa żołnierza amerykańskiego stanie tam ziemia ta na wieki amerykańska jest”, zgromadzono siły niezbędne do dania odporu. Doszło do drugiej bitwy, w której japońskie lotniskowce musiały wycofać się z ciężkimi stratami, jak niepyszne, z rejonu Wysp Marshalla. W końcu roku 1942 inicjatywa nadal należała do aliantów, którzy skoncentrowali się na odbiciu Nowej Gwinei.

Najpierw uderzenie lotnicze zniszczyło bazującą w Lea flotę japońską, potem doszło do nierozstrzygniętej wielkiej bitwy lądowej, po której po obu stronach nie było już jednostek w takim stadium organizacji, który pozwalałby na jakiekolwiek działania w Lea. Amerykanie wykorzystali w tej sytuacji to, że ich przeciwnik zapatrzony w Wyspy Marshalla nie mógł przyjść z pomocą obrońcom szybów naftowych w holenderskiej części wyspy. Dokonano kolejnego zaskakującego ataku, zajmując bez trudu ten ważny rejon. Alianci mogli spać tu spokojnie bowiem posiadali na Nowej Gwinei silne oddziały australijskie, nowozelandzkie i amerykańskie. Los Lea był przesądzony. Jak jednoznaczny jest w tym kontekście tytuł interesującego artykułu z pierwszej strony wychodzącego w Port Moresby dziennika „Życie Australijskiego Papuasa”: „Japończycy! Nie mówimy do widzenia, my mówimy żegnajcie!”. Co ciekawe, na ostatniej stronie jest zagadkowy wywiad z pewnym szamanem, który dokonując rzeczowej analizy twierdzi: „kraj za wielką wodą będzie miał dużo więcej do powiedzenia w nadchodzącym roku, może liczyć na szybszą niż do tej pory, heroiczną wręcz odbudowę wielkich domów żelaznych ptaków, a także na podwodne potwory morskie…”.

Niestety nieubłagany jak zwykle czas nie pozwolił nam dokończyć tej arcyciekawej partii, nie wolnej od pasjonujących dyskusji z Andy’m na wszelkie tematy, w której doskonale i pożytecznie się bawiliśmy… Dziękuję serdecznie moim gościom. Ich niezrównane towarzystwo pozwala umocnić się w wierze, że nasze hobby nigdy nie zginie.

Autor: Strategos

Opublikowano 12.01.2011 r.

ku. A

Poprawiony: czwartek, 24 marca 2011 16:28