Kos

  • PDF
  • Drukuj
  • Email

Tadeusz Kościuszko to jedna z najbardziej znaczących postaci w dziejach Polski i Ameryki, której jak sądzę szerzej przedstawiać nie trzeba. Filmy traktujące o historii powstają u nas najczęściej na rocznicę. Nie inaczej było tym razem. W 2024 roku przypada bowiem 230 rocznica powstania kościuszkowskiego. Mało to okrągła data, ale lepszy rydz niż nic. Tak oto pojawił się na ekranach kin „Kos”, który choć opowiada o naszym wybitnym rodaku, to filmem historycznym nie jest (o czym jeszcze dalej). Jako że ostatnio przypadła Wam do gustu formuła podwójnej recenzji, i tym razem postanowiłem się do tego uciec, a więc najpierw zapraszam do obejrzenia wideorecenzji Macieja Molczyka na jego kanale YouTube’owym „Historia z kapelusza”, a potem będzie kilka słów ode mnie:

https://www.youtube.com/watch?v=oOC3DRsyBcg

Kilka moich spostrzeżeń (staram się nie powtarzać tego co mówił Maciej, choć nie wszędzie jest to możliwe):

1) Zacząć wypada od tego, że nie jest to film historyczny. Mówi o tym wprost sam reżyser w wywiadzie dla portalu Interia, o znamiennym tytule: „Kino historyczne mnie nie interesuje”. Historia jawi mu się raczej jako plastyczna masa, którą należy kształtować w określony sposób, w zależności od tego, co chce się przekazać. Samo opowiadanie historii tylko po to by pokazać ją wprost taką, jaką ona była, w jego opinii nie ma sensu. Przeglądając różne materiały o filmie trafiłem także na wypowiedź jednej z grających w nim aktorek. Z rozbrajającą szczerością przyznaje ona, że dzięki niemu dużo dowiedziała się o postaci Tadeusza Kościuszki i o tym okresie historycznym, ponieważ wcześniej niewiele na ten temat wiedziała. „Kos” to produkcja mocno inspirowana dziełami Quentina Tarantino. Można go zaliczyć do kategorii western (ewentualnie: western historyczny), co widać choćby po samym plakacie. Charakterystyczne jest dla niego operowanie hiperbolą. Postacie, ich cechy, różne sytuacje, które obserwujemy na ekranie, zostają celowo przerysowane. Do pewnego stopnia widzimy więc świat w krzywym zwierciadle, co ma pozwolić nam lepiej zobaczyć prawdę o nim.

Operowanie środkami takimi jak hiperbola czy metafora niesie ze sobą tego rodzaju ryzyko, że obrazy je zawierające mogą zostać potraktowane jako próba odwzorowania rzeczywistości taką, jaka ona jest. Innymi słowy, mogą zostać zrozumiane dosłownie. Dobry przykład stanowi tutaj scena szarży husarii w „Ogniem i mieczem” Jerzego Hoffmana, gdzie po obfitych opadach deszczu i wcześniejszych udanych szarżach polska jazda grzęźnie w błocie i dzięki temu Kozakom udaje się ją dopaść i odnieść zwycięstwo. Zdarzyło mi się spotkać osoby święcie przekonane, że obraz ten oddaje rzeczywisty przebieg bitwy pod Żółtymi Wodami. Tymczasem starcie to miało zupełnie inny przebieg, a wizja ta ma wymiar symboliczny, i tak należy ją traktować. Inny znany przykład to Andrzej Wajda i jego „Lotna”, z niesławną sceną ukazującą polskich ułanów atakujących szablami niemieckie czołgi, która w zamyśle reżysera miała znaczenie alegoryczne. Okazało się jednak, że odegrała niechlubną rolę w popularyzowaniu wypaczonej wersji polskiej historii, walnie przyczyniając się do utrwalenia jednego z najbardziej absurdalnych i zarazem szkodliwych mitów na temat armii polskiej w kampanii wrześniowej. Osobną kwestią jest nawiązywanie przez Wajdę do propagandy goebbelsowskiej, która tak właśnie starała się przedstawiać Polaków.

2) Choć „Kos” nie jest filmem historycznym, to opowiada o historii. Jeden z jego głównych wątków stanowi ukazanie dwóch najważniejszych grup społecznych w dawniej Rzeczypospolitej: szlachty i chłopów, oraz relacji między nimi. Zniekształca on tutaj rzeczywistość, faktycznie zrównując chłopów z amerykańskimi niewolnikami, zaś szlachtę z plantatorami. Zostało to oczywiście zrobione w stylu Tarantino i wpisuje się w określoną konwencję, ale pewne obrazy i przekaz są tak sugestywne, że pozostaną w głowach odbiorców. Widzowie słabo obeznani z historią będą na ich podstawie kształtować sobie wizję ówczesnej rzeczywistości społecznej. Cała szlachta to postacie ukazane w negatywnym świetle (jedynym wyjątkiem jest Pułkownikowa). Co warto podkreślić, niewiele lepiej wypadają chłopi. Obie strony, poza głównymi bohaterami, prezentują się dość jednowymiarowo i stereotypowo. Film wpisuje się tu w toczącą się ostatnio dyskusję na temat relacji między szlachtą i chłopami w dawnej Polsce. Często można spotkać się na tym polu z dwoma skrajnymi, mocno zideologizowanymi, ale przez to bardzo widowiskowymi poglądami. Nie będę tutaj rozwijał tematu, ponieważ z łatwością mógłby przesłonić właściwą treść recenzji. Powiem tylko, że potencjalnie miałbym wiele do napisania. Obie wizje ukazują świat w krzywym zwierciadle. W rzeczywistości prawda o tym jak wyglądały te relacje leży zapewne pośrodku, ale taki obraz jest zupełnie nieatrakcyjny dla kina.

3) Sposób ukazania polskiego społeczeństwa w „Kosie” ma także jeszcze inny wymiar. Gdy tak przyglądamy się różnym osobom napotykanym na ekranie, w wielu momentach jedynym rozsądnym człowiekiem w tym gronie wydaje się… czarnoskóry przyjaciel Kościuszki, Jean „Domingo” Lapierre, podający się dla niepoznaki za kupca cukrowego z Ameryki. Warto dodać, że prototypem tej postaci był czarnoskóry ordynans Kościuszki z czasów wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych – Agryppa Hull. W porównaniu z panem Domingo nawet imć Tadeusz wygląda jako osobnik niezbyt racjonalny, a wszystko to w kontekście szykowanego powstania, na którego czele ma stanąć. Na tle polskich chłopów, podobnie jak oni niegdyś bity i wykorzystywany, Domingo jawi się jako dojrzały obywatel, świadomy swoich praw, rozumiejący czym jest wolność i demokracja, umiejący zachować się w towarzystwie. Również szlachta, która nie potrafi się zorganizować, a w odpowiedzi na pytanie jak zamierza walczyć, ochoczo wymachuje szablami, powtarzając mickiewiczowskie „szlachta na koń wsiędzie i jakoś to będzie”, wygląda przy czarnoskórym bohaterze jak banda półgłówków. Co tu dużo mówić, mamy więc „Black Lives Matter” po polsku. Kto by pomyślał, że doczekamy czegoś takiego w kraju nad Wisłą, i to w takim wydaniu… Tym samym reżyserowi udało się wpisać w najnowsze światowe trendy, a film ma szansę zyskać w oczach zagranicznej publiczności.

4) Przerysowany obraz społeczeństwa I Rzeczypospolitej w filmie ma natomiast jeszcze jedną, głębszą warstwę znaczeniową. Łączy się ona z innymi elementami jego fabuły. Niejako stanowi dla nich bazę. W przeciwieństwie do karykaturalnie sportretowanych relacji chłopów i szlachty oraz powiązanego z nimi wątku „Black Lives Matter” jest ona niejednoznaczna i mniej uchwytna. W sposób pośredni można się tu doszukiwać od dawna stawianego (także przez część historyków) pytania o sens zarówno powstania kościuszkowskiego, jak i innych zrywów narodowych, oraz o ich przebieg, dlaczego historia Polski potoczyła się w taki, a nie inny sposób, a nawet o to dlaczego nasz kraj wygląda dziś tak jak wygląda. Pozwala to także snuć refleksje nad spuścizną, jaką niesie z sobą nasza historia.

W „Kosie” znajdziemy różne nawiązania do „Pana Tadeusza”, „Wesela” czy filmu „Potop”. Przyglądając się uważniej postaci rotmistrza Dunina, jego zachowaniu i wygłaszanym przezeń kwestiom można dostrzec podobieństwa tej kluczowej dla obrazu Pawła Maślony postaci do Józefa Stalina. Tworzą one swego rodzaju nadbudowę. Jednocześnie dają przestrzeń do dyskusji i różnych interpretacji. Jeśli ten film ma jakieś głębsze znaczenie, to właśnie na tym ono polega. Obawiam się jednak, że wielu widzów do tej warstwy znaczeniowej nie dotrze, zatrzymując się dwóch wspomnianych wcześniej i na czysto fabularnych aspektach opowiedzianej historii. Sama w sobie jest ona bardzo wciągająca. Z licznymi, atrakcyjnymi dla miłośników kina nawiązaniami do filmów Tarantino, zabawą różnymi konwencjami. Można na tym poprzestać i traktować dzieło Maślony jako polski western z ciekawie skonstruowaną i trzymającą w napięciu akcją, gdyż tym także jest.

5) Jako że zgodnie z zamysłem reżysera nie jest to film historyczny, szczegółowe roztrząsanie poprawności historycznej zaprezentowanych w nim rekwizytów nie ma sensu. Z drugiej strony, film umieszczony został w określonych realiach historycznych, więc zwrócę uwagę na najbardziej podstawowe kwestie. Na naszym forum w wątku o filmie rozgorzała dyskusja, czy pułk rotmistrza Dunina powinien być pułkiem strzelców konnych, czy raczej jegrów konnych. Dla mnie na jedno wychodzi. Zainteresowanych szczegółami odsyłam na forum. Natomiast co do munduru rotmistrza Dunina, ewidentnie nie wygląda on jak mundur rosyjskiego oficera strzelców konnych z tego okresu. Dolman (albo dołman) obejmujący większość korpusu (tzn. górnej części ciała) wskazuje na mundur huzarski, choć buty Dunin nosi typowe dla strzelców konnych. Dodam, że dolman stanowił charakterystyczny i bardzo rozpoznawalny element umundurowania huzarów. Druga rzecz, której niestety nie byłem w stanie w pełni zweryfikować: zupełnie nieprawdopodobnie i groteskowo wyglądają wielkie, czarne, carskie orły, które mają naszyte na plecach żołnierze rotmistrza. Odniosłem wrażenie, że w ten sposób chciano ich wizualnie oznaczyć, by mniej rozgarnięty widz nie miał wątpliwości które postacie to ci źli. Poza tym wydaje się, że wszystko, przynajmniej z grubsza, się zgadza.

6) Na koniec parę słów o filmie jako takim, czyli o warstwie fabularnej (jak zwał, tak zwał). Oglądało mi się świetnie, „Kos” trzyma w napięciu i zgadzam się z licznymi opiniami recenzentów i komentatorów, którzy widzą w nim powiew świeżości w polskim kinie (nazwijmy to: szeroko rozumianym kinie historycznym). Już samo przyjęcie konwencji westernu może być zaskakujące. Jedną z najmocniejszych stron produkcji jest gra aktorska. Świetnie wypadają zwłaszcza Robert Więckiewicz (rotmistrz Iwan Michajłowicz Dunin) i Jacek Braciak (Tadeusz „Kos” Kościuszko). Nieźle zaprezentował się także Jason Mitchell (Jean „Domingo” Lapierre), chociaż nie popadam tutaj w takie zachwyty jak niektórzy, widzący w nim wręcz najlepszego aktora tego filmu. Znakomity jest Bartosz Bielenia (Ignac), który w swoim stylu gra przede wszystkim oczami. Wydaje mi się, że dostał najtrudniejszą do zagrania postać. Idealnie się w nią wcielił i ma to coś, co pozwoliło mu uczynić ją jednocześnie ciekawą, wiarygodną i wpasować się w założenia stawiane przez fabułę. Interesująco prezentują się także pozostałe główne postacie (Pułkownikowa – Agnieszka Grochowska; Stanisław – Piotr Pacek), a i do drugoplanowych (najważniejsze z nich to Duchnowski, ojciec Stanisława – Andrzej Seweryn; Helena, żona Duchnowskiego – Joanna Szczepkowska; Pocztylionka – Matylda Giegżno) nie można się przyczepić. Muzyka może nie powaliła mnie na kolana, ale zwłaszcza w końcówce świetnie oddaje atmosferę „Kosa” i stanowi jego udane zwieńczenie.

Podsumowując, dla osób, które dotrą do wspomnianej przeze mnie głębszej warstwy filmu, w miarę znają historię i są uodpornione na zideologizowane, uproszczone przedstawienia relacji między szlachtą i chłopami w I Rzeczypospolitej, innymi słowy dla bardziej wyrobionego odbiorcy – świetny film. Niestety w przypadku mniej wyrobionego, masowego widza istnieje niebezpieczeństwo, że nie dość, że do tej głębszej warstwy nie dotrze, to elementy, które w filmie zostały celowo przerysowane i zniekształcone, weźmie za w miarę zgodne z prawdą odwzorowanie rzeczywistości historycznej szlacheckiej Polski. Czyli że da o sobie znać syndrom „Lotnej”. Niezależnie od tego dzieło Pawła Maślony odznacza się świetnie skonstruowaną, niebanalną fabułą. Nie brak w nim zaskakujących zwrotów akcji. Pod względem fabularnym, czyli mówiąc prościej „film jako film” – znakomity, i tutaj z pewnością wciągnie wszystkich. Stwierdzenie, że „Kos” to świeży powiew w polskim kinie nie jest na wyrost. Polecam!

Dyskusja o filmie na FORUM STRATEGIE

Autor: Raleen
Zdjęcia: materiały promocyjne producenta filmu

Opublikowano 30.01.2024 r.