Dzieje militarne Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Prusach od 1230 do 1525 r. (1)

  • PDF
  • Drukuj
  • Email

Zaprawdę Zakon ten, jak wiadomo został w szczególności powołany do walki z wrogami krzyża i wiary i winien walczyć różną bronią i sposobem według rozmaitych owych ziem nawyków i postępków.

Fragment Statutów Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w tłumaczeniu M. Biskupa.

W niniejszym artykule pragnę przedstawić mało znane dzieje walk jakie toczył Zakon od momentu przybycia do Prus aż do upadku pierwszego powstania Prusów. W kolejnych częściach przedstawię dalsze wydarzenia z historii zmagań Krzyżaków z Prusami, Pomorzanami, Polakami, Litwinami, Rusinami, Duńczykami. Chciałbym, aby te artykuły, złożone w całość, stanowić mogły swoistą kronikę bitew i kampanii Zakonu Najświętszej Marii Panny w Prusach.

PRZYBYCIE KRZYŻAKÓW DO PRUS
W 1226 roku przybyli do Polski dwaj bracia zakonni, Konrad von Landsberg i drugi nieznany z imienia rycerz, wraz z pocztem giermków. Dla nich to Konrad Mazowiecki nakazał wznieść na lewym brzegu Wisły, naprzeciw najstarszej części dzisiejszego Torunia, niewielki gródek nazwany Vogelsang (Ptasi Śpiew), w którym przybysze „opierając się nieskończonej ilości pogan śpiewali pieśń smutku i żalu…. Pozostawili bowiem słodycz słońca swej ziemi ojczystej i wkroczyli do ziemi obcej. Opuścili ziemię urodzajną, łagodną i spokojną, a przyszli do ziem strasznych i rozległych puszcz, pełnych dzikiej walki. Porzucili wygody i zaszczyty. Mogli powiedzieć za św. Pawłem: oto porzuciliśmy wszystko i poszliśmy za tobą, Chryste, co będzie nasze?” – z kroniki Piotra z Dusburga (podkreślenie autora).

W ten sposób XIV-wieczny kronikarz Zakonu opisał przybycie Krzyżaków do Polski. Tych pierwszych dwóch rycerzy krzyżackich dało początek narodzinom potężnego państwa krzyżackiego w Prusach, z którym Polska i Litwa przez blisko 300 lat toczyła walkę o przetrwanie, walkę zakończoną dopiero w 1525 r. złożeniem hołdu przez ostatniego wielkiego mistrza, Albrechta Hohenzollerna. Gdy na początku lat trzydziestych XIII w. Krzyżacy powoli zaczęli przybywać do Prus, ich sytuacja na arenie międzynarodowej była nie do pozazdroszczenia. W 1225 r. Andrzej Bela, król Węgier, wygnał Krzyżaków z ziemi kumańskiej. Posiadłości Zakonu w Ziemi Świętej były bardzo skromne i nie mogły się równać z nadaniami dla Templariuszy i Joannitów. Być może dlatego wielki mistrz Herman von Salza skwapliwie przystał na ofertę księcia Konrada Mazowieckiego. Nie będziemy tu rozwijać wątku prawnego, potwierdzeń papieskich czy cesarskich. Faktem jest że na początku lat trzydziestych XIII w. rycerze zakonni stanęli nad polską granicą. Jak podaje krzyżacki kronikarz Piotr Dusburg pierwszym celem dla przybyłych miało być uwolnienie od Prusów Ziemi Chełmińskiej, utraconej przez Konrada Mazowieckiego w latach dwudziestych XIII w.
Warto w tym miejscu powiedzieć kilka słów o pierwszych przeciwnikach Zakonu, jakimi były plemiona pruskie.

PRUSOWIE
Prusowie przybyli na tereny dzisiejszego Pojezierza Mazurskiego około IX/X w. Wkrótce zostały przez nich zasiedlone obszary od historycznej Żmudzi, przez półwysep sambijski (dzisiejszy obwód kaliningradzki), Mazury, po Pojezierze Iławskie. W XI w. dotarli do granic powstającego państwa polskiego. Zbrojne wyprawy Bolesława Chrobrego na blisko dwa wieki zatrzymały ich dalszy ruch na zachód i południe. Nie powiodły się natomiast próby pokojowego nawrócenia Prusów na chrześcijaństwo. Męczeńską śmiercią zginął św. Wojciech i wielu innych misjonarzy. Prusowie, należąc do zupełnie innego kręgu cywilizacyjnego i kulturowego, nie chcieli zmieniać własnych obyczajów. Przez ponad 300 lat nie potrafili też na trwałe zjednoczyć się, a co za tym idzie, nie podjęli nawet próby stworzenia własnego państwa. Dlatego mówiąc dziś o Prusach mamy na myśli dziesiątki plemion, które czasem wspólnie wyruszały na wyprawy wojenne, ale jeszcze częściej same ze sobą wojowały.

Od nazw plemion zwane też były ziemie, które zamieszkiwali: Pomezania – okolice dzisiejszego Kwidzyna, Malborka, Dzierzgonia, Ostródy, Iławy, Pogezania – okolice Elbląga, Pasłęka, Ziemia Sasinów – okolice Lubawy, Działdowa, Nidzicy, Olsztynka, Warmia – okolice Olsztyna, Lidzbarka, Braniewa, Natangia – okolice Bartoszyc, Bareja – okolice Kętrzyna Jaćwież – okolice Ełku i Rajgrodu, Sambia – półwysep z Królewcem, Nadrowia – położona nad Pregołą, Sudowia – położona na pograniczu Sambii i Żmudzi.

Około 1232 r. prawdopodobnie Pomezanie gruntownie zniszczyli Ziemię Chełmińską. Być może na miejscach polskich grodów w Grudziądzu, Radzyniu, Wąbrzeźnie powstały warownie pruskie. W takiej sytuacji w okolice Torunia przybyli pierwsi Krzyżacy.

I ETAP PODOBOJU – Ziemia Chełmińska
W dwa lata po legendarnych dwóch pierwszych rycerzach przybyli na Kujawy trzej rycerze zakonni, pod dowództwem Filipa z Halle. Każdy z nich prowadził ze sobą co najmniej 10 giermków i pachołków. Tak więc do pierwszego ataku gotowych było zaledwie około 30 ludzi.

Nic też dziwnego, że przez dwa lata siedzieli cicho, niczego nie zdziaławszy. Dopiero w 1230 r. przybył do Vogelsangu Herman von Balk, wraz z 7 rycerzami (czyli łącznie niespełna 100 ludzi). Mimo to Herman von Balk wykonał pierwszy ruch! Od Konrada Mazowieckiego wynegocjował gród w Nieszawie (leżącej na lewym brzegu Wisły naprzeciw Starego Torunia) i ruszył… Po nocnej przeprawie zajęto gród (opuszczony przez Prusów), który niezwłocznie odbudowano. Jak głosi legenda, niedługo po tym Prusowie w olbrzymiej liczbie obiegli biednych rycerzy, którzy uratowali się tylko dzięki temu, że pośrodku grodu stał wielki dąb, na który wleźli i z którego bronili się aż do nadejścia odsieczy. Taki był bilans pierwszego roku walk.

W następnym 1231 r. nie wydarzyło się nic godnego uwagi. Prawdopodobnie Krzyżacy doszli do wniosku, że z tak szczupłymi siłami nie zdołają wiele zdziałać. Do Europy, na dwory władców, książąt, biskupów Rzeszy, a także i Polski rozesłano wielu gońców z alarmującym wezwaniem do przeprowadzenia krucjaty. Oddźwięk był zaskakujący. Rzesze rycerstwa zwłaszcza z dolnych Niemiec, ale także ze Śląska i Polski ruszyły do Prus. Misja wyprawy krzyżowej nadal wielce znaczyła w światopoglądzie ówczesnego rycerstwa. Odpusty, a zarazem wizja ciekawszego życia „dobrego raubrittera” trafiała do ówczesnych przekonań. Już w 1232 r. rusza kolejna wyprawa. Jej trasa prowadziła wzdłuż prawego brzegu Wisły. Zdobyte zostały okolice Chełmna wraz z grodem. Kolejne oddziały krzyżowców zapuściły się w głąb Ziemi Chełmińskiej. Wydaje się, że krzyżowcy nie natrafili na większy opór. Prusowie, którzy zajmowali częściowo te ziemie, musieli być nieliczni (prawdopodobnie były to pojedyncze grupy wojowników z rodzinami i niewolnymi, którzy pragnęli osiedlić się na tych terenach).

Tak więc do 1234 r. Krzyżacy, przy wydatnej pomocy rycerstwa z Polski, Śląska i Niemiec „oczyścili” Ziemię Chełmińską z elementu pruskiego. Wojska krzyżowe, które dokonały podboju Ziemi Chełmińskiej, prowadziły walkę w typowo średniowieczny sposób. Trzon sił stanowiły poczty rycerskie, tzw. kopie. Na czele kopii stał rycerz, posiadający herb. Podwalinę ideologii rycerskiej stanowi zasada uczciwego prowadzenia walki, np. nie wolno używać zatrutej broni, ani zabijać bezbronnego lub jeńca. Poza tym rycerz powinien być prawdomówny, powinien bezwzględnie dotrzymywać słowa, z czego wynika wierność dla seniora. Takie były zasady, ale nie miały one żadnego przełożenia jeśli idzie o walkę z niewiernymi. Księża, biskupi, papieże udzielali dyspensy rabusiom, zbrodniarzom udającym się na krucjatę. Wypuszczanym z niewoli krzyżowcom wolno było łamać wszelkie przysięgi złożone poganom. Może dlatego tak licznie przybywali do Prus.

Nie budzi zatem zdziwienia fakt, że w statutach rycerskiego zakonu pojawiły się słowa o możliwości prowadzenia walki podstępem, zdradą, ogniem i mieczem. W roku 1236 zjawił się w Prusach margrabia miśnieński Henryk prowadząc przeszło 500 wojowników. W trzy lata później przybył książę Brunszwiku Otton z oddziałem 700 krzyżowców. W 1246 r. Henryk z Lichtensteinu wydatnie przyczynił się do podboju Pogezanii. Największym z krzyżowców był król czeski, Przemysł Ottokar II, który prowadząc ze sobą 6 000 żołnierzy mieczem i ogniem dokonał podboju Sambii. Wśród krzyżowców byli także rycerze, możni i książęta polscy. Początkowo u boku Krzyżaków walczyli książęta pomorscy, kujawscy i śląscy. Zwłaszcza w XIII w. siłę ofensywną Zakonu stanowili niewątpliwie goście. Krzyżacy kierowali wyprawami, a także wskazywali miejsca pod budowę grodów i zamków. Także ich budowa mogła być możliwa przede wszystkim dzięki krzyżowcom.

Pierwsze grody krzyżackie wznoszone były na miejscu dawnych umocnień polskich lub pruskich. O ich budowie decydował czas. A tego na początku podboju Krzyżacy nie mieli w nadmiarze. Grody-zamki musiały być wnoszone szybko, ze względu na zagrożenie wyprawami odwetowymi Prusów, a także ze względu na okazjonalne wykorzystanie obecności i zapału krzyżowców, którzy pomagali Krzyżakom przy ich budowie. Początkowo do budowy wykorzystywano najprostszy budulec, jak drewno, kamienie i ziemię. Tak wzniesiono szereg pierwszych warowni, od Chełmna, przez Radzyń, Starkeburg itd. Dopiero w drugiej połowie XIII w. Krzyżacy byli w stanie przystąpić do wznoszenia kamienno-ceglanych zamków, które do dziś zachowały swój surowy, średniowieczny urok.

II ETAP PODBOJU – Pomezania
Pomezania to historyczna kraina leżąca na wschód od Wisły, powyżej Grudziądza i rzeki Osy, na północy sięgająca po Malbork, jez. Drużno, a na południowym wschodzie ograniczało ją pasmo jezior pojezierza Iławskiego, aż po Ostródę. Po błyskawicznym podboju Ziemi Chełmińskiej w 1234 r. Krzyżacy skierowali się właśnie na północ, wzdłuż Wisły. Ten kierunek ekspansji był zresztą wskazany nie tylko względami natury militarnej, ale także politycznej i gospodarczej; postępując bowiem w tę stronę, spodziewali się Krzyżacy dotrzeć do morza, a tym samym uzyskać stałe połączenie morskie z Niemcami, niezależne już od książąt polskich. Jeszcze wiosną 1233 r. Herman von Balk założył na ostrowie, nieopodal późniejszego Kwidzyna, niewielki gród, który Krzyżacy nazwali Marienwerder. To z niego planowano rozpocząć wyprawy w głąb Pomezanii. Wkrótce jednak okazało się, że kapryśna Wisła zalewała gród, który wcale nie był bezpieczny.

Z tego okresu znamy bullę papieską Grzegorza IX, skierowaną do biskupów: mazowieckiego, włocławskiego i wrocławskiego, w której to papież wzywał do poparcia zakonu rycerzy niemieckich w ich walce z Prusami. Dla zwiększenia wrażenia w bulli zawarto opis niesamowitych zniszczeń, grabieży i gwałtów, jakich dokonali Prusowie na przygranicznym obszarze. Wedle tego opisu mieli zagarnąć aż 5 tysięcy niewolników, śmierć miało znaleźć 20 tysięcy wiernych. Wizja zaiste przerażająca (niewątpliwie duża w tym zasługa propagandy krzyżackiej). Na takie larum odpowiedzieli polscy książęta.

Gdy zamarzły rzeki, jeziora i moczary, zimą 1234 r. ruszyła na Pomezanów potężna wyprawa. Wzięli w niej udział u boku Krzyżaków: Konrad Mazowiecki, Władysław Odonic, Świętopełk i jego brat Sambor oraz Henryk Brodaty. Jako pierwsza spustoszona została ziemia Reysen (okolice Susza). Następnie krzyżowcy skierowali się na północ. Ich zastępy dotarły aż nad brzeg jeziora Drużno. Tutaj wreszcie doszło do pierwszego starcia z wojskiem Pomezanów. Prusowie, niewątpliwie zaskoczeni tempem i rozmachem wyprawy krzyżowej, nie zdołali utrzymać pola. Walnie do tego przyczyniła się znajomość ich sposobu walki, którą dokładnie znał książę pomorski Świętopełk. Od wielu już lat książęta pomorscy toczyli z nimi boje, ze zmiennym szczęściem. Czasem zawierali z nimi nawet sojusze. Tym razem jednak połączone siły książąt, krzyżowców i Krzyżaków przeważyły. Dzięki manewrowi Świętopełka zamknięto też odwrót pokonanym, tak, że na polu bitwy pod Dzierzgoniem wedle kronik miało polec przeszło 5 tysięcy pogan. Niewątpliwie liczba poległych jest zdecydowanie zawyżona. Prusowie nie mieli w zwyczaju łączyć wojsk poszczególnych ziem i dlatego w bitwie brali udział najprawdopodobniej wojownicy tylko jednego lauksu (Resji), czyli nie więcej jak kilkuset wojowników.

W tym samym czasie, kiedy trwała wyprawa na Prusów z misją nawrócenia udał się do pogan pierwszy biskup misyjny Chrystian, który posiadał jak dotąd prawne zwierzchnictwo nad nawróconymi Prusami (tzw. neofitami). Może to przypadek, że zbrojna wyprawa Krzyżaków zbiegła się z czasem jego wyprawy, w której towarzyszyło mu zapewne tylko kilku wojów. Nic więc dziwnego, że Prusowie pojmali biskupa, zaś jego wojów od razu zabili. Za biskupa chcieli okupu. I tu rzecz znamienna. Krzyżacy stracili zupełnie kontakt z biskupem! Biedny kapłan przesiedział w niewoli blisko 5 lat, a kiedy odzyskał wolność panami w Prusach byli już Krzyżacy!!!

Po odejściu krzyżowców rok 1235 spędzili krzyżacy na oczyszczaniu Pomezanii z punktów oporu. Opanowali grody w Sztumie i Prabutach. W tym czasie też przyłączyli do siebie Braci z Zakonu Dobrzyńskiego. W ten sposób zyskali kolejne ziemie.

Rok 1236 minął na lokalnych walkach. Warto tu przytoczyć historię opisaną przez Dusburga: Latem (1236 r.) mistrz wysłał statkiem ekspedycję wzdłuż brzegów Zalewu, by odnaleźć odpowiednie miejsce do zbudowania twierdzy. Wylądowali w pewnej odległości od silnie umocnionego grodu pruskiego (Honeda) z liczną załogą zbrojną. Oceniwszy, że jest ich zbyt mało, by zaatakować gród, napadli na pobliskie gospodarstwa pruskie. W czasie rabunku i niszczenia zostali zaatakowani i wybici do nogi przez załogę przybyłą z Honedy.

Ten przykład doskonale obrazuje strategię działania Krzyżaków podczas podboju ziem pruskich. Wraz z nastaniem lata do Prus przybywali krzyżowcy. Przy ich pomocy Krzyżacy zdobywali pruskie grody. Mając w danej chwili przewagę liczebną i lepsze uzbrojenie nie unikali starć w otwartym polu. Pod koniec wyprawy przystępowali niezwłocznie do budowy grodu na podbitym terenie. Wraz z odejściem części krzyżowców, Krzyżacy przejmowali grody, ustanawiali załogę (liczącą zazwyczaj 2-5 braci, kilkunastu giermków i kilka dziesiątek pieszych wojów). Ta załoga broniła grodu, a także terroryzowała okoliczną ludność pruską, badając teren pod następną wyprawę. Jak czytamy, nie zawsze przebiegało to tak sprawnie.

W 1237 r. Herman von Balk przewożąc załogę na dwóch okrętach (czyli około 100 ludzi), popłynął w dół Nogatu, aż do Zalewu Wiślanego i tu założył gród Elbląg. Krzyżacy stanęli u wrót Pogezanii i Warmii.

III ETAP PODBOJU – O panowanie nad Wisłą i Nogatem
Aż do około 1236 r. Krzyżacy w swoich podbojach mieli pełne poparcie polskich książąt, w tym księcia pomorskiego Świętopełka. W czasie niewoli biskupa Chrystiana (w 1222 r. bogato uposażonego przez Konrada Mazowieckiego, a także przez księcia pomorskiego) Krzyżacy bezceremonialnie zajęli jego posiadłości, w tym także i strategiczny gród Zantyr, leżący u ujścia Nogatu do Wisły. Tym samym jasne się stało, że dążą oni do opanowania linii tych dwóch rzek. Jak dotąd pełną kontrolę nad dolną Wisłą miał książę pomorski. I nie zamierzał z tego wcale rezygnować. Jego sytuacja nie była jednak łatwa. Ziemie księstwa podzielone były jeszcze na dwie części, którymi opiekowali się jego młodsi bracia (Sambor i Racibor). Istniały podobno nawet plany małżeństwa Sambora z córką ochrzczonego pruskiego nobila z Pomezanii – Prerocha.

Krzyżacy nie uznawali jednak neofitów ochrzczonych przez biskupa. Nękali zarówno ich, jak i pogan. Książę pomorski tracił wpływ na to co się działo na prawym brzegu Wisły. Gdy w 1239 r. przybył do Prus Otto z Brunszwiku prowadząc blisko 700 ludzi, zorganizowano kolejną wyprawę. Zdobyto okryty złą sławą gród Honedę, mszcząc się za śmierć krzyżowców sprzed kilku lat. Założono od razu gród w Baldze.

W ten sposób otoczone zostały pomorskie posiadłości Świętopełka ulokowane w podległej mu Lanzanii (Wyżyna Elbląska – nad Zalewem Wiślanym). Już w rok później Krzyżacy opowiedzieli się za księciem Kazimierzem Kujawskim w jego sporze ze Świętopełkiem… udzielając mu pomocy wojskowej!!! O dziwo, na pomoc Świętopełkowi ruszyli… Prusowie! Natangowie, mieszkańcy Lanzanii, a także Pomezanie. Za księciem Świętopełkiem opowiedział się także wygnany biskup Chrystian, którego jednak opinia niewiele już znaczyła. Warto ją jednak znać. Wedle jego słów, skierowanych do papieża, Krzyżacy na opanowanych ziemiach zabraniali chrzcić pruskich katechumenów. Nie pozwalali budować kościołów, a te, które zbudowano wcześniej, zamykano. Odmawiano Prusom sakramentu małżeństwa, zabierano im całą wolność.

Te czynniki doprowadziły do wybuchu pierwszego powstania Prusów. Objęło ono swym zasięgiem jedynie te ziemie, do których dotarli dotąd Krzyżacy. Pobratymcze wspólnoty pruskie, niezagrożone w ogóle nie poparły ziomków z Pomezanii i północnej Warmii. Doprowadzony do ostateczności knowaniami Zakonu Świętopełk w 1242 r. przyłączył się do zrywu pruskiego, udzielając mu zbrojnego poparcia.

IV ETAP PODBOJU – Powstanie Prusów. Wojna ze Świętopełkiem
Do walki zrywali się Prusowie podzieleni, każda z ziem osobno. W historiografii panuje przekonanie, że ich zryw z góry skazany był na niepowodzenie. Nie wydaje się to do końca pewne. Zwolennicy tezy o bezsilności powstańców argumentują, że militarnie Zakon, w ogóle sztuka wojenna i uzbrojenie rycerzy europejskich, przewyższało pruskie. I z tą oceną nie można się do końca zgodzić.

Nie ulega wątpliwości, że uzbrojenie wojownika pruskiego odbiegało znacznie od uzbrojenia rycerzy zakonnych. Przede wszystkim wojownik pruski uzbrojony był lżej. Nie znaczy to jednak, że gorzej. Na strój ochronny Prusa sładał się hełm stożkowy, wysokości do 30 cm. Nobilowie pruscy posiadali bardzo ozdobne hełmy, o których niemieccy kronikarze pisali: helme waren von golde rich. Wśród Prusów powszechne były kolczugi, wyrabiane z niewielkich stalowych ogniw, łączonych ze sobą, a także grube skórzane kaftany z naszytymi na nie metalowymi blaszkami lub kółkami. Takie kolczugi i kaftany zapewniały wojownikom swobodę ruchów, a zarazem skutecznie broniły przed ciosami broni siecznej. Podczas walki Prusowie osłaniali się dodatkowo tarczami, o różnej wadze i różnym kształcie. W XI w. najbardziej ropowszechnione były tarcze o kształcie liściastym, w XIII w. miały już kształt prostokątny. Z czasem Prusowie zaczęli stosować ulepszone tarcze, coś w rodzaju pawęży, zakończone u dołu ostrym końcem, który służył do wbijania w ziemię dla lepszej jej stabilności.

Prusowie walczyli zarówno pieszo, jak i konno. Na uzbrojenie zaczepne pieszego wojownika składały się: miecze, noże, topory, jak również proce. Powszechnie stosowali oni także do miotania potężne pałki, zakończone u nasady ciężką, obłożoną metalem kulą, z nabitymi ostrymi krawędziami. Do niedawna uważano, że Prusowie nie władali dobrze łukiem. Dziś już wiadomo, że potrafili (świadczą o tym wyniki badań archeologicznych), a na dodatek już w XIII w. równie często stosowali kuszę. Najbardziej jednak popularną bronią pruskich wojowników były włócznie. Używali dwóch rodzajów: lekkich, przeznaczonych do miotania i ciężkich, służących do pchnięć, a także do zatrzymania konnicy.

Miecze były bronią warstwy możnych, sprowadzono je z Polski i Skandynawii, gdyż w Prusach nie było złóż żelaza. U pasa pruskiego wojownika zawieszonych było od 3 do 5 pałek służących do rzucania i ogłuszania przeciwnika.

Reasumując, jeśli idzie o porównanie uzbrojenia Prusów i Krzyżaków, trzeba powiedzieć, że ci drudzy posiadali stosunkowo niewielką przewagę. Przecież w kopi rycerskiej lepiej uzbrojeni byli tylko rycerze i czasem ich giermkowie-knechci. Przewaga kuszników nie zawsze mogła się zaznaczyć, ze względu na trudny teren, w jakim często prowadzono walki (lasy, zarośla, tereny podmokłe).

O wiele gorzej (dla Prusów oczywiście) wyglądała jednak różnica w strukturze organizacyjnej. Jak już napisano, Prusy obejmowały ziemie od Sambii, po Pomezanię. Cały ten obszar podzielony był na większe krainy. Te zaś dzieliły się na drobniejsze jeszce okręgi (włości), zwane po prusku pulka. Dla przykładu w Pomezanii było takich włości aż 9. Nie zawsze działały one we wspólnym interesie. Cała kraina mogłaby wystawić nie więcej jak kilka tysięcy wojowników. Tak więc każda z włości, będąc różnej wielkości, mogła walczyć w obronie maksymalnie kilkuset wojownikami. Nie dziwi zatem fakt, iż gdy ruszała wyprawa krzyżowa w głąb danej pulki przewaga liczebna była po stronie krzyżowców.

Dla obrony kraju wojsko pulki zwoływali gońcy za pomocą krzyku, zwanego w języku pruskim wackis. Wojsko stawało obozem zwanym liskis i ubezpieczało się przy pomocy zasieków oraz płotów. Właśnie taki obóz prawdopodobnie otoczyli i zniszczyli 1234 r. krzyżowcy nad jez. Drużno.

W obronie pruskiego terytorium wielce pomocne były wznoszone przez Prusów zarówno potężne grody mogące pomieścić w chwilach zagrożenia nawet 1000 ludzi, jak i małe, ale silnie umocnione gródki strażnicze.

Często system obrony krainy ubezpieczały dodatkowo całe linie wałów, kilkumetrowej wyskości, które stawiano w miejscach przepraw, przełęczy (na wyżynie elbląskiej do dziś można w okolicach grodu Łęcze odnaleźć ślady tych umocnień na przestrzeni kilku kilometrów).

Nie zawsze Prusowie byli stroną broniącą się. Równie często prowadzili oni własne wyprawy. Przeważnie miały one charakter łupieżczy, rzadko mając na celu większe zamierzenia strategiczne. Te działania prowadzili tzw. vitingo czyli swoista wojskowa arystokracja. Vitingo posiadali konie i organizowali się w niewielkie drużyny od kilku do kilkudziesięciu wojowników. Te niewielkie grupki potrafiły przeniknąć przez granice i siać zniszczenie po osadach na terytorium nieprzyjaciela. Takie grupy potrafiły dotrzeć nawet pod Płock. Pozostali mężczyźni z plemienia stanowili pospolite ruszenie, zwoływane tylko w chwili zagrożenia.

Taktykę Prusów trudno jest scharakteryzować. Należy pamiętać, że Prusowie nie wykształcili własnego pisma, a wszelkie informacje o nich mamy za pośrednictwem kronikarzy krzyżackich i polskich, raczej im nieprzychylnych. Łatwiej będzie o niej mówić podczas analiozowania poszczególnych starć z Krzyżakami.

Wróćmy zatem do wydarzeń z pierwszej połowy XIII w. W 1240 r. Prusowie z Pomezanii i Warmii chwycili za broń. Krzyżacy utracili momentalnie kontrolę na znacznym obszarze. Zniszczone zostały nowopowstałe osady śląskich i niemieckich osadników. Krzyżacy ostali się jedynie w zamkach-grodach w Toruniu, Chełmnie, Radzyniu Chełmińskim. Z załogami Elbląga i Bałgi utrzymywano kontakt tylko za pomocą okrętów. Do Prusów przyłączył się i Świętopełk. Na szczęście dla Zakonu, książęta kujawscy i biskup włocławski pośpieszyli mu z pomocą. Świętopełk, który utracił grody w Sartowicach, Wyszogrodzie i Nakle, zmuszony został zawrzeć rozejm z Zakonem. Teraz do ataku przystąpili znowu Prusowie. Potężna wyprawa w 1242 r. przeszła przez Ziemię Chełmińską. Pod Rządzem, nieopodal Chełmna Krzyżacy postanowili zatrzymać niszczący pochód pogan.

15 czerwca 1243 r. doszło do starcia. Na początku bitwy Prusowie nie wytrzymali ataku ciężkiej jazdy krzyżackiej i poszli w rozsypkę. Jeźdźcy rzucili się do pościgu. Wtedy też Prusowie zawrócili i stawili opór. W bitwie zginął mistrz krajowy oraz 400 rycerzy i pachołków. Podobno tylko 10 uniknęło śmierci. Prusowie natomiast powrócili do siebie. Zachęcony tym sukcesem Świętopełk uderzył jeszcze raz na Ziemię Chełmińską. Odbił Sartowice, zdobył i spalił Chełmno, wzniósł warownię w Świeciu i opanował Zantyr. Na tym działania wojenne zakończono. Ich bilans był dla Krzyżaków wielce niepomyślny. Do Europy znowu wyruszyli posłańcy, wzywając rycerstwo do przybycia na pomoc Zakonowi. Papież obłożył Świętopełka ekskomuniką, zapowiedział ogłoszenie krucjaty. W obliczu tego zagrożenia, niezwykle przezornie, książę pomorski namówił Pomezanów do wspólnego poselstwa do Rzymu. Powiadomiono papieża o gwałtach i niegodziwościach Zakonu i chęci powrotu Pomezanów pod zwierzchnictwo papieża, a nie Zakonu. Papież uchylił klątwę ciążącą na Świętopełku i potępił Zakon za jego postępowanie.

Ale Zakon miał o wiele lepszą pozycję polityczną od księcia pomorskiego. Wkrótce papież uchylił swoją decyzję. Zawarto rozejm, na mocy którego Zakon miał odzyskać swoje ziemie. Tak też się stało. Prusowie oblegali załogi krzyżackie w Bałdze i Elblągu, Krzyżacy zaś wznosili i odbudowywali warownie w Pomezanii. W 1247 r. stanął potężny zamek-gród w Dzierzgoniu, zaledwie 3 km od pruskiej warowni, obsadzonej przez liczną załogę. Prusowie za wszelką cenę próbowali zdobyć gród dzierzgoński. Porozumieli sie ponownie z księciem pomorskim. Umówionego dnia miał on nadejść od Zantyra i wesprzeć atakujących. Krzyżacy byli jednak przezorni i działali szybko. Nowo zaciągnięte oddziały uderzyły najpierw na oblegających gród Prusów i rozbiły ich. W chwilę później na pole walki przybyli zwiadowcy Świętopełka. Na ich widok Krzyżacy zaprzestali dobijania pokonanych i rzucili się na Pomorzan. W pościgu dotarli aż do głównych sił książęcych. Te, zaskoczone atakiem, rzuciły się do ucieczki. Poległo wielu rycerzy. Nie zmieniło to jednak sytuacji. Żadna ze stron nie potrafiła złamać przeciwnika.

Dopiero pod koniec 1247 roku zawarty został układ pomiędzy Zakonem a Świętopełkiem. Książę pomorski zrzekał się wszelkich swoich posiadłości w Ziemi Chełmińskiej, zachował Lanzanię i tylko połowę Żuław. Już w roku następnym zrzekł się jednak Lanzanii i ceł na Wiśle, z wyjątkiem tych pobieranych w Gdańsku i Zantyrze. Zakon zatryumfował. Osamotnieni Prusowie pomezańscy i warmińscy także poszli na ugodę.

7 lutego 1249 roku podpisali ugodę i zaprzysięgli wierność Zakonowi i Kościołowi. W zamian Zakon, jako ich dobroczyńca, zezwolił na posiadanie ziemi, własności prywatnej i handel. Traktat dzierzgoński regulował stosunki prawne pomiędzy Zakonem a przyjmującymi chrzest Prusami. Dawał on Zakonomi prawo do podejmowania działań, których celem było doprowadzenie ich do wiary chrześcijańskiej i utrzymanie ich w niej.

Dla Zakonu kończył się pierwszy okres podboju. Na przestrzeni kilkunastu lat od jego przybycia do Prus, w jego posiadaniu była Ziemia Chełmińska, Pomezania, część Warmi i Natangi. Zakon zdołał już „wykurzyć” pierwszego biskupa Chrystiana, upokorzyć księcia pomorskiego, pobić Pomezanów i Warmów. Nie przyszło to łatwo. W 1249 r. Zakon zyskał oparcie, bazę do dalszych działań. Wkrótce w Ziemi Chełmińskiej powstały zamki w Toruniu. Bierzgłowie, Papowie, Kowalewie, Chełmnie, Grudziądzu, Rogoźnie, Pokrzywnie, Radzyniu. W Pomezanii przystąpiono do budowy zamków w Kwidzyniu, Sztumie, Dzierzgoniu, Iławie, Prabutach, Kisielicach i innych. Zaczęło powstawać państwo zakonne. Jednak do całkowitego ujarzmienia Prusów droga była jeszcze daleka. Ciężkie walki o Sambię, Natangię, Sudowię trwały jeszcze pół wieku. Drugie powstanie Prusów (o wiele większe od pierwszego) o mało nie zmiotło Zakonu z Prus.

Literatura
Crome H., Karte und Verzeisnich der vor und fruhgeschtlichen Wehranlangen in Ostpreussen „Altpreussen” 1937, t. II
Petri de Dusburg, Chronicon terrae Prusiae, wyd. M. Toepen, [w:] Scriptores rerum Prussicarum, t. I, Lepzig 1861
Dygo M., Studia nad początkami władztwa Zakonu Niemieckiego w Prusach (1226-1259), Warszawa 1992
Biskup M., Labuda G., Dzieje Zakonu Krzyżackiego w Prusach, Gdańsk 1986
Okulicz-Kozaryn Ł., Dzieje Prusów, Wrocław 1997
Sypek R., Zamki i obiekty warowne Ziemi Chełmińskiej i Michałowskiej, Warszawa 1999
Sypek R., Zamki i obiekty warowne Pomezanii, Ziemi Sasińskiej i Lubawskiej, Warszawa 2000

En haye czyli szyk w płot
Podstawową jednostką organizacyjną tego szyku była tzw. kopia. Jego idea polegała na typowo średniowiecznym porządku feudalnym. W pierwszej linii stawali najciężej uzbrojeni rycerze przewodzący własnej kopii. Zaraz za każdym z nich ustawiali się giermkowie, często podobnie uzbrojeni jak ich seniorzy. Do ich obowiązku należało walczyć u boku rycerza. Gdyby pod rycerzem zabito konia giermek miał obowiązek przyprowadzić mu nowego, lub samemu zsiąść i walczyć u boku pana pieszo. Za giermkami stawali konni słudzy, już nieco lżej uzbrojeni. Dopiero od XII/XIII w. ich podstawową broń stanowiły ręczne kusze, które pozwalały prowadzić pojedynczy ostrzał poprzedzający szarżę. Za sługami konnymi stawali pieszo pozostali, którzy włączali się do starcia, dopiero po uderzeniu konnych.

Do zalet szyku en haye należała przede wszystkim konkretna odpowiedzialność poszczególnych członków kopii. Do wad zaliczyć należy na pewno nieregularność tworzonej linii, albowiem każdy z rycerzy posiadał inną liczbę giermków, inną liczbę sług itd. Nie ulega jednak wątpliwości, że w ten sposób uszykowane do bitwy rycerstwo musiało wyglądać przepięknie, bowiem rycerze jadący w pierwszym szeregu wyróżniali się bogactwem stroju i kolorów.

Po pierwszym uderzeniu uszykowanych do boju wojsk w szyku w płot zacierało się początkowe ustawienie. Zgodnie z ideą rycerską nikt nie mógł się ociągać z walką. Dyshonorem było ukrywanie się za czyimiś plecami. Po paru minutach walki, jeśli konni przełamali szyk nieprzyjaciela, bitwa była z reguły wygrana i mało krwawa. W przypadku zatrzymania szarży, walka stawała się o wiele dłuższa i wraz z nadejściem piechoty, bardziej krwawa.

Część 1
Część 2
Część 3

Autor: Robert Sypek

Opublikowano 20.07.2007 r.

Poprawiony: poniedziałek, 14 marca 2011 08:37