Dzieje militarne Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Prusach od 1230 do 1525 r. (2)

  • PDF
  • Drukuj
  • Email

Gdy liczni krzyżowcy tam pociągnęli, aby zwalczać nieprzyjaciół krzyża Chrystusowego i poddać ich jarzmu Chrystusa, osiągnęli zwycięstwo i zadali wielką klęskę wrogom. Chrześcijanie zaś domy ich i pola uprawne spalili, a dobra ich zagrabili.

Żywot Św. Stanisława

Dzieje walk Zakonu z Prusami, choć niezwykle barwne, są dziś szerzej mało znane. Wokół tego tematu powstało wiele mitów na temat bezsilności pruskich wojowników wobec rycerstwa zakonnego i europejskiego. W drugiej części artykułu pragnę przedstawić dzieje najbardziej dramatycznych walk, jakie toczył Zakon z Prusami, aż do końca XIII w.

Kroniki krzyżackie ku przestrodze niepokornych sług, przytaczają przykład możnego pruskiego, poddanego Zakonu o imieniu Pipin. W przededniu podboju Ziemi Chełmińskiej miał on władać nad trzema grodami. Po opanowaniu tych grodów Krzyżacy zmusili go do przyjęcia chrztu. Wkrótce jednak doszło do zatargu, który zdaniem kronikarzy miał spowodować hardy charakter Prusa. Oskarżony o przywłaszczenie sobie bydła należącego do Zakonu został ujęty i skazany na śmierć. Sposób jej wykonania zaiste mógł być szokujący nawet dla współczesnych. Krzyżacy wydarli mu wnętrzności i przybili je do pala. Zrobili to tak subtelnie, że ofiara zmuszona została jeszcze do biegu naokoło niego, aż padła konając w męczarniach.

Do dziś zachowały się także podania o „polowaniach” jakie urządzali bracia Zakonu w pobliżu zamku w Prabutach. Tutaj, pod murami zamkowymi, mieli Krzyżacy wznieść ziemny labirynt z setką dróg, nazwany przez nich Jeruzalem. Raz do roku w jego korytarzach urządzali gonitwę za pruskimi sługami, wypełniając w ten sposób śluby wiecznej walki z niewiernymi.

Wszystko to działo się zaledwie kilka lat od ugody, jaką podpisali Krzyżacy z Prusami w ruinach zniszczonego grodu pod Dzierzgoniem. Do dziś na północny wschód od miejscowości Stare Miasto (w lesie, nad głębokim jarem), można jeszcze odnaleźć ślady potężnego grodu pruskiego. Trzy linie wałów i fos nie zapewniły Prusom należytej osłony. Jakby z przekory, właśnie tu Krzyżacy zmusili przedstawicieli plemion pruskich (Pomezanów, Pogezanów, być może i Warmów) do podpisania traktatu, na mocy którego ustanawiali się ich panami i dobroczyńcami. O postanowieniach traktatu pisałem już wcześniej. Założenia ugody były jakże chwalebne; Prusowie mieli przyjąć wiarę Chrystusową, porzucić własne wierzenia i przesądy. W zamian z rąk krzyżackich mieli zatrzymać ziemie, które posiadali już od wielu dziesięcioleci.

Układy i umowy okazały się wkrótce jedynie prawną zasłoną, mającą sankcjonować przed papieżem, książętami polskimi i cesarzem niemieckim podbój Prus. W zaledwie kilka lat po ugodzie do Rzymu zaczęły docierać błagalne pisma od nobilów pruskich (korzystających zapewne z usług pisarzy książąt pomorskich) w związku postępowaniem rycerzy zakonnych. O ich losie dowiadujemy się w sposób pośredni. Zachował się z 1258 roku list gwardiana franciszkanów z Torunia broniący Zakon przed „fałszywymi oskarżeniami”. Zdaniem autora listu nieprawdziwe były pomówienia o to, że: bracia Zakonu zakazywali głoszenia Słowa Bożego, nieprawdziwe były posądzenia o lekceważenie mandatów papieskich, pomówienia o gwałty, zakazywanie protestów przeciwko kazirodztwu i cudzołóstwu. W myśl listu Zakon dostarczał swym poddanym jedynie wolności, którą swych wiernych obdarza Jezus Chrystus, a także zapewniał wszystkie dobra doczesne i pociechy duchowe.

Jak obłudne były to słowa świadczyć mogą następujące fakty. W 1253 roku książę Kazimierz Kujawski (syn Konrada Mazowieckiego) uzyskał od papieża zgodę na akcję mającą na celu nawrócenie Prusów nie mieczem, ale Słowem Bożym. Papież wyraził zgodę, nakazując jedynie księciu, aby akcja ta objęła ziemie pruskie, do których nie dotarli jeszcze Krzyżacy. Dlatego też misjonarze z Kujaw i Mazowsza udali się do Galidnii (okolice Nidzicy – Szczytna – Pisza) i Jaćwieży (okolice Suwałk). O dziwo akcja polskich misjonarzy przyniosła niespodziewane efekty. Wielu nobilów pruskich przyjęło wiarę, a ich ziemie postanowiono przyłączyć do diecezji płockiej. Tymczasem Krzyżacy, którzy w tym czasie rościli już sobie prawa do całości ziem pruskich (nawet do tych, których jeszcze nie ujarzmili), zareagowali niezwykle brutalnie. Zbrojne poczty wpadły do Galindii, mordując neofitów (nowo nawróconych) i pustosząc ziemię i ich gospodarstwa. Według tradycji zaczerpniętej z kronik, w tym czasie Galindia stała się bezludną puszczą. Mimo iż papież rzucił na Zakon klątwę, polscy książęta, nie czując się na siłach podjąć rzuconą rękawicę, za cenę sojuszu zrzekli się swoich praw. Jak więc widać, słowa franciszkanina, piszącego niewątpliwie z inspiracji Zakonu, wydają się niemal całkowitym przeciwieństwem stanu faktycznego.

W takich oto warunkach rozpoczynało się panowanie Zakonu w Prusach. To, co wkrótce miało się wydarzyć w Prusach w dziedzinie militarnej i politycznej, miało swoje korzenie w tych wszystkich działaniach jakie Zakon podejmował w połowie XIII w. Do 1250 roku Zakon panował już nad Ziemią Chełmińską, Pomezanią, Pogezanią i częścią Warmii. Po spustoszeniu Galindii, kolejnym celem Zakonu stała się Ziemia Lubawska (okolice Lubawy, Kurzętnika, Nowego Miasta Lubawskiego).

W 1239 roku książę Konrad Mazowiecki i jego syn Kazimierz Kujawski wysłali myśliwych na łowy do Ziemi Lubawskiej. Zwierza tu nie brakowało. Łowy udały się znakomicie. W drodze powrotnej myśliwym zastąpili drogę rycerze zakonni. Zabrali im broń i całą ubitą zwierzynę. Potem myśliwych puścili wolno, nakazując im zanieść księciu wiadomość, że Ziemia Lubawska należy do nich. W tym roku odbyły się zjazdy w Płocku i Dobrzyniu. Krzyżacy podtrzymali swoje stanowisko. Książę nie miał sił, aby dochodzić swoich praw.

Krzyżacy dokonali bezkrwawego podboju. W 1242 r. Ziemia Lubawska została podzielona: 2/3 jej terytorium otrzymał Zakon, 1/3 biskupi chełmińscy. W połowie XV w. Zakon przekazał wiele ziem ze swojej części książętom mazowieckim, pragnąc włączyć ich do sojuszu. Ci jednak, nie widząc w przyszłości możliwości utrzymania tych ziem, przekazali je na powrót biskupom chełmińskim.

Tak oto Ziemia Lubawska, w dużej części stała się ziemią biskupią. Zakon zachował dla siebie Nowe Miasto i zamek w Bratianie. Lubawa stałą się reprezentacyjną siedzibą biskupią, zaś Kurzętnik – miastem podległym bezpośrednio kapitule chełmińskiej. O ile Ziemia Lubawska została opanowana w sposób bezkrwawy, o tyle zaciekły bój czekał Zakon przy próbie podboju największej i najlepiej umocnionej ziemi pruskiej jaką była Sambia. Była to kraina pruska leżąca na obszarze zamkniętym wodami ujścia Pregoły, Bałtyku i Zalewu Kurońskiego (w przybliżeniu dzisiejszy obszar Obwodu Kaliningradzkiego). W świetle badań archeologicznych i źródłowych znajdowało się tu kilkadziesiąt grodów i punktów umocnionych w postaci strażnic i wałów poprzecznych. Sambia od wielu już lat budziła żywe zainteresowanie sąsiadów Prusów. W 1210 r. bezskutecznie próbował ją zdobyć król duński Waldemar II. Później swoją misję chrystianizacyjną prowadził biskup Chrystian, ale został uwięziony (1238 r.). Od 1240 r. Krzyżacy podejmowali próby ataku. Po podpisaniu ugody dzierzgońskiej w 1249 r. wreszcie mogli zwrócić się przeciwko Sambom z większymi siłami.

W 1250 r. do Prus przybył Otton z Brunszwiku. Prowadził ze sobą blisko 1000 zbrojnych. W Niemczech podjęto szeroko zakrojoną akcję werbowania rycerstwa, a także ministeriałów. Pierwszą próbę ataku podjął samodzielnie komtur Dzierzgonia Henryk Stange. Zgromadziwszy znaczny poczet zbrojnych wyruszył do Sambii. Niszczący pochód wojsk krzyżackich dotarł aż po Germau. W trakcie przemarszu ogniem i mieczem niszczono święte gaje pruskie i osady, omijając grody. Gdy jednak zaalarmowani Sambowie zdołali zebrać się, zarządzono odwrót. Chociaż kroniki nic nie mówią o jego charakterze, można przypuszczać, że miał on charakter zwyczajnej ucieczki. W jej trakcie poległ sam komtur dzierzgoński, wraz z rodzonym bratem Hermanem. Cała wyprawa zakończyła się kompletnym niepowodzeniem. Krzyżacy otrzymali srogą lekcję, ale jak się wkrótce okazało, potrafili z niej wyciągnąć odpowiednie wnioski. Do papieża wystosowano alarmujące pisma wzywające go do ogłoszenia krucjaty do Prus. Równocześnie do Niemiec i zachodniej Europy ruszyli werbownicy. Wkrótce w ich ręce papież oddał potężny argument. Oto w 1255 r. papież Aleksander IV udzielił zbiorowego rozgrzeszenia wszystkim braciom Zakonu, którzy „w stanie świeckim dopuścili się wielu występków, m. in. rabunków i podpaleń”. Nie dość tego. Wkrótce księża krzyżaccy otrzymali prawo do udzielania rozgrzeszenia wszystkim (rabusiom, zbrodniarzom, gwałcicielom, podpalaczom, a nawet tym, którzy napadali na kościoły), jeśli wstąpią w szeregi Zakonu. Nietrudno sobie wyobrazić jakie mogło to mieć znaczenie dla tych wszystkich, którzy wówczas mieli problemy z prawem. Spowodowało to napływ do Zakonu różnorodnego elementu. W ten sposób Zakon przeobraził się z instytucji religijno-rycerskiej w niemalże czysto wojskowy aparat podboju. Aby podnieść rangę planowanej wyprawy krzyżaccy wysłannicy ruszyli również na dwory władców europejskich. Najbardziej ochoczo odpowiedział na to wezwanie król czeski Przemysł Ottokar II. Zapowiedział on swoje przybycie z całą armią rycerzy czeskich.

Także od północy rozpoczęto okrążanie Sambii i sprzymierzonej z nią Kuronii. W 1253 r. Krzyżacy założyli w Kłajpedzie gród warowny. Na pomoc Kurom ruszyli niezwłocznie Sambowie. „Wtedy ujrzano moc Sambitów – pisał kronikarz – nieprzeliczoną, pokrywających łodziami Niemen do tego stopnia, że można było po nich przechodzić. Jak później już nigdy więcej nie bywało. Niemen rzeką bardzo wielką, na której łodzie do łodzi tak przymknęły i na której wszędzie, się tak rozstawiły, jakoby pomost przez rzekę przerzucono”. Mimo tego Sambom warowni kłajpedzkiej nie udało się zdobyć. Krzyżacy mocna nogą stanęli także i nad granicą ze Żmudzią.

Tak zbliżał się nieubłaganie rok 1254…

Późną jesienią tego roku, z Ołomuńca do Prus, wyruszył król czeski Przemysł Ottokar II. Towarzyszyły mu rzesze rycerstwa wraz ze zbrojnymi pocztami. We Wrocławiu dołączył do niego margrabia brandenburski Otton. W Elblągu przywitał ich przybyły z Ziemi Świętej wielki mistrz Poppo von Osterna. Połączone wojska krzyżowców miały liczyć przeszło 50 000 konnych. Jeżeli tak było, to aż do czasu bitwy pod Grunwaldem nigdy więcej Krzyżacy nie przewodzili tak licznym oddziałom. W takiej sytuacji los Sambów był z góry przesądzony. Wedle obliczeń poszczególnych badaczy maksymalna liczba wojowników, jaką zdolna była wystawić Sambia, liczyć mogła niewiele ponad 10 000. Do tego należy zauważyć, że często poszczególne lauksy występowały do walki pojedynczo. Jak wielkie zdumienie i bezradność musiała być ich udziałem, możemy dziś sobie tylko wyobrazić. Nadzieję na obronę dawały Sambom grody zamykające ważniejsze przejścia pośród lasów, brodów i jezior. Wielu Prusów jednak nie wierzyło już w możliwość walki. Do Krzyżaków udało się wielu możnych, którzy porzucając starą wiarę i pobratymców wchodzili na drogę zdrady, za cenę nadań u przyszłych zdobywców. Bardzo charakterystyczny los spotkał jednego z nich, Gedune z rodu Kandemonidów. Za cenę wolności i przywilejów obiecał on przeprowadzić krzyżowców przez mokradła swoich rodzinnych ziem, aby krzyżowcy mogli wyjść na tyły jego ziomków. W zamian obiecano mu darowanie życia dla niego i jego najbliższych. W przedziwnych okolicznościach Prus długo nie mógł przejść do czoła kolumny. Gdy w końcu tam dotarł okazało się, że właśnie doszczętnie spalono jego osadę, a całą rodzinę wycięto w pień. Czy był to przypadek, złośliwość, czy też pogarda dla neofity? Możemy tylko gdybać.

Wyprawa trwała dalej. W ciągu kilku tygodni cała Sambia została doszczętnie spustoszona. Ci, którzy stawiali opór, byli bezwzględnie mordowani, pozostali zaś tracili wolność. Do końca 1255 roku cała Sambia została spacyfikowana. Część Sambów, która ukorzyła się, została zmuszona do służby wojskowej na rzecz Zakonu. Już w styczniu 1255 roku król czeski Przemysł Ottokar II wycofał się z Sambii do Elbląga. Pozostali krzyżowcy pod kierownictwem Zakonu przystąpili do organizowania władztwa Zakonu nad tymi ziemiami. U wejścia na półwysep, niedaleko ujścia Pregoły rozpoczęto odbudowę zniszczonego podczas najazdu silnego grodu pruskiego Tuwangste. Po jej zakończeniu nadano mu nowe imię KONIGSBERG, na cześć króla czeskiego, zdobywcy Sambii.

W obronie Sambów nie wystąpiły żadne inne plemiona pruskie. Może przeraziły się impetu i rozmachu wyprawy krzyżowej? Otóż wydaje się, że nie o to chodziło. Mieszkańcy sąsiednich krain, a mianowicie Natangii, Nadrowii, a także Bartii i Sudowii nie widzieli dla siebie zagrożenia. Być może byli przekonani, że Sambowie, jako najliczniejsi spośród nich zdołają odeprzeć atak. Jak się okazało ich rachuby zawiodły całkowicie. W tej sytuacji, co znamienne, zjednoczyli się! Zjednoczyli się, ale tylko po to, aby wspólnie najechać Sambię i ukarać ją za odstępstwo od wiary i uległość wobec Krzyżaków. Krótka ich wyprawa zbrojna doprowadziła jedynie do ostatecznego zniszczenia tej krainy, a zarazem pchnęła ziomków w ręce Zakonu, u którego teraz mieszkańcy Sambii musieli szukać ochrony. Po spustoszeniu tego, co pozostało dotychczas niespalone, Prusowie opuścili Sambię. Przy ujściu Pregoły wznieśli nowy gród Wilaw (Wielawa), który miał bronić ziem nadrowskich. Ufni w umocnienia grodu, powrócili do swoich domów. Tymczasem w ich szeregach zdrada kwitła nadal. Naczelnik grodu potajemnie udał się do Krzyżaków i obiecał im poddanie placówki. Przeprowadził ich skrycie przez leśne ostępy, aż pod sam gród. W ten sposób Krzyżacy opanowali kolejną ziemię zwaną Unsatrapis, leżącą być może w granicach Nadrowii. Tak zakończył się kolejny etap podboju ziem pruskich.

Powstające państwo krzyżackie miało wtedy kształt wydłużonego łuku, ciągnącego się wzdłuż Wisły, Zalewu Wiślanego, wschodnich wybrzeży Bałtyku, aż po Inflanty. Na tym chwilowo wyczerpał się impet podboju. Próbowano jeszcze zwrócić się przeciwko Żmudzinom (Semigalom), ale gdy walki nie przynosiły efektów, zawarto dwuletni rozejm. Zarówno Zakon, jak i Żmudzini przygotowywali się do rozprawy bardzo solidnie. Żmudzini wyciągnęli wnioski z klęski Sambów, upatrując jej przyczyn w zdradzie i rozbiciu wewnętrznym. Po ustaniu rozejmu, do walki z Zakonem miało stanąć co najmniej 3000 zbrojnych. Kapłan odczytał wróżbę daną im przez bogów:

Żmudzini bądźcie radzi. Doznacie pomyślności i biedy na tej właśnie wyprawie; jednak pozostajecie pod taką opieką, że weźmiecie górę. A teraz w ziemi kurońskiej macie walczyć z chrześcijanami; zatem nie ociągajcie się. Ślubujcie część trzecią zdobyczy Bogom, a pomyślnie wam się powiedzie”. Po takim zapewnieniu Bogów, Żmudzini, ufni w zwycięstwo, wystąpili przeciw Krzyżakom. Do nich przyłączyły się także nieliczne oddziały litewskie.

W tym czasie Zakon także starannie zbierał oddziały, które nie były już tak liczne jak w latach ubiegłych. Większość krzyżowców powróciła do domów. Dlatego też, oprócz braci rycerzy i gości zakonu, w szeregach wojsk krzyżackich licznie wystąpili Prusowie zobowiązani do służby (Kurowie, Sambowie, Pomezanie). Termin rozejmu upływał na wiosnę 1260 r.

Jako pierwsi do ataku przystąpili Żmudzini. Celem ich ataku stały się ziemie Kurów (północna Sambia). Wkrótce na ich spotkanie wyruszyła armia krzyżacka pod wodzą inflanckiego mistrza krajowego Burcharda von Hornhausena. Poza inflantczykami w skład armii wchodzili poddani biskupów oraz rycerze z opanowanej przez Danię Estonii.

Dnia 13 lipca 1260 roku na polu nad jeziorem Durbe doszło do decydującej bitwy. Na nic się zdały zakute w stal poczty rycerskie i błogosławieństwa biskupów. Zdecydowane zwycięstwo w tej bitwie odnieśli Żmudzini. Na polu pod Durbe polegli obaj dowódcy krzyżaccy, przeszło 150 braci zakonnych, książę Karol duński, ze swym estońskim oddziałem i poddani Zakonu. Jako przyczynę klęski Zakonu podaje się przejście w decydującym momencie walki, na stronę Żmudzinów, Kurów. Przyczyną ich zachowania miała być wiarołomna postawa dowódcy krzyżackiego, który nie zezwolił na wypuszczenie ich zakładników. Nie zmienia to jednak faktu, że po raz pierwszy Krzyżacy ponieśli klęskę w bitwie w otwartym polu. Obaliło to mit o zdecydowanej przewadze wojennej Zakonu i sztuki wojennej rycerstwa zachodnioeuropejskiego nad barbarzyńskimi Prusami. W połowie XIII w. Prusowie przystosowali już swoją broń i taktykę na tyle, że byli w stanie podjąć równą walkę. Wydaje się, że po raz pierwszy stanęli razem, zjednoczeni, a zdrada stała się udziałem nie ich, a właśnie Zakonu. Bezpośrednio po bitwie Kurowie zawarli ze Żmudzinami ścisły sojusz. Zakon zmuszony był wycofać się z ich ziem, przy czym utracona została łączność pomiędzy inflancką, a pruską gałęzią Zakonu. Klęska nad Durbe miała jednak dla Zakonu o wiele większe znaczenie. Władanie Prusami niemal na całym obszarze zostało poddane szczególnej próbie.

DRUGIE POWSTANIE PRUSKIE
Dnia 20 września 1260 r. na Warmii, w Pogezanii, Natangii, Nadrowii i Sambii wybuchło powstanie przeciwko panowaniu krzyżackiemu w Prusach. Wieść o klęsce Zakonu pod Durbe rozniosła się bardzo szybko. Powstańcy byli przygotowani do ataku. Na czele powstańców natangijskich stanął Henryk Monte, wojskom warmińskim przewodził Glappo, Pogezanom – Autume, Bartom – Divanus, Sambijczykom zaś Glande. Mimo iż do powstania doszło niewątpliwie we wspólnie ustalonym przez plemiona terminie, to jednak każde z nich walkę podejmowało oddzielnie.

Krzyżacy nie byli zaskoczeni wybuchem powstania, zaskoczył ich jednak jego rozmach. W przededniu walk rozpoczęli oni nawet akcje pacyfikacyjne poszczególnych ośrodków. Nie zaniedbano wówczas także podstępu i zdrady. Jak podaje w swojej kronice krzyżacki kronikarz Dusburg, wójt Volrad, dowiedziawszy się o przygotowaniach pruskich, zaprosił do swojego zamku Lanceberg najznakomitszych rycerzy natangijskich na biesiadę. Niepodejrzewający niczego Prusowie przybyli na spotkanie. Gdy wszyscy zgromadzili się w sali biesiadnej, wójt nakazał knechtom natychmiast zamknąć wrota i podłożyć ogień. W komnacie spłonęło żywcem 19 wojowników pruskich, którzy – zdaniem kronikarza – ponieśli słuszną karę za spiskowanie przeciwko Zakonowi.

Te i inne działania urzędników krzyżackich zamiast ostudzić zapędy pruskie, przyniosły efekt wprost odwrotny. Pierwszy atak Prusów skierowany został na niewielkie grody strażnicze, których załogi terroryzowały okoliczną ludność. Większość z nich padła, jak podają kroniki, bracia krzyżaccy Henryk i Gerard przekazali Prusom kilka grodów. Gdy ich układ wyszedł na jaw, pruski mistrz krajowy Hartmuth kazał ich pojmać, oślepić i publicznie spalić w Elblągu. Zaiste, sroga była karząca dłoń Zakonu. Walka z Prusami zapowiadała się na długą i niezwykle krwawą. Tak też było w rzeczywistości.

Po kilku miesiącach zmagań wydawało się, że Krzyżacy zdołają jeszcze odzyskać inicjatywę. W 1261 r. papież ogłosił kolejną wyprawę krzyżową do Prus w celu ratowania Zakonu. Po uzyskaniu posiłków, ruszyła z Sambii w głąb Natangii kolejna wyprawa pacyfikacyjna. Po drodze palono i niszczono każde napotkane osiedle. Przez cały czas pochodu armii krzyżackiej jej ruchy obserwowali z ukrycia wojownicy pruscy. Gdy w pewnym momencie Krzyżacy, zajęci niszczeniem kolejnej wioski, oddalili się od swojego obozu, Prusowie zaatakowali. Błyskawicznie wyrżnęli nieliczną straż i służby taborowe. Nie spalili jednak wozów, ale ukryli się w nich i czekali na wracające oddziały krzyżackie. Te nie podejrzewały zasadzki. Upojeni sukcesami rycerze lekkomyślnie wracali do obozowiska. Zaskoczeni, po krwawej walce w większości zostali zabici lub wzięci do niewoli. Zwycięstwo to ponownie oddało inicjatywę w ręce Prusów.

Niespodziewanie dla Krzyżaków pojawiły się trzy duże armie pruskie. Sambowie przy wsparciu machin oblężniczych opanowali wszystkie mniejsze grody na półwyspie. Królewiec, najlepiej przez Krzyżaków umocniony, zamknięto pierścieniem trzech grodów. Tylko dzięki drodze morskiej udało się Zakonowi obronić ten strategiczny zamek. Podobnie oblężono zamki krzyżackie w Wisenburgu (na ziemi Bartów), Krzyżborku i Bartoszycach. Nie widząc możliwości obrony, bez walki wycofała się załoga zamku w Lidzbarku Warmińskim. Poprzez leśne ostępy ukradkiem uszła do Elbląga. Odwrót przeżyło jednak tylko niewielu. Zemsta Krzyżaków była następująca: na zamku w Elblągu przebywali zakładnicy możnych pruskich. Były to dzieci, dziewczęta i chłopcy. Dwanaścioro spośród nich oślepiono i odesłano rodzicom. Wkrótce w Pogezanii nie ostał się żaden punkt oporu krzyżackiego, z wyjątkiem Elbląga. Na Warmii trzymała się jedynie załoga Bałgi, zaś w Sambii – Królewiec. Oddziały pruskie wkroczyły do Pomezanii i do Ziemi Chełmińskiej. Tu jednak ludność, pogodzona już z władzą Zakonu, nie wsparła ich działań. Kilkakrotnie palony był Kwidzyń, Radzyń. Zdobyto biskupią Chełmżę.

W 1263 r. do wojny przeciwko Zakonowi przystąpił książę pomorski Mściwoj II (syn Świętopełka). Wydawało się, że los Zakonu w Prusach został przypieczętowany. Jak się jednak okazało, żywotność Zakonu była imponująca. Sukcesy Prusów i Pomorzan nie były na rękę polskim książętom. Wsparcia Zakonowi udzieliły także księstwa niemieckie. Zaledwie w pięć lat później z wojny wycofał się Mściwoj, zawierając z Zakonem oddzielny pokój.

W 1266 roku z walk wycofali się Bartowie. Przyczyna tego była prozaiczna. W bitwie pod Kowalewem zginął ich przywódca Diwan. Zniechęceni postanowili powrócić do swoich ziem, uznając że już wystarczająco odstraszyli chrześcijan od ponownego ataku na ich ziemie. Na placu boju pozostali Natangowie, Sambowie i Warmowie. O ile Prusów było coraz mniej, o tyle Krzyżacy powoli odzyskiwali siły. Dzięki zdradzie jednego z Prusów, podstępem ujęto przywódcę Warmów – Glappę. Torturowany, został publicznie powieszony – ku przestrodze innym. W ten sposób z walki wycofali się Warmowie. Dla Krzyżaków najgroźniejszym jednak przeciwnikiem pozostawał wódz Natangów – Henryk Monte. Wykształcony, znający język niemiecki, potrafił doskonale organizować ataki, zajmować podstępem miasta i twierdze.

W 1264 r. oddziały pruskie pod dowództwem Henryka Monte, wtargnęły na Ziemię Chełmińską. Dotarły aż pod Toruń, Grudziądz i Elbląg. Przeciwko nim wystąpił z rycerstwem wicemistrz Zakonu Henryk von Wurzberg. Prusowie ustąpili przed nim i wycofali się do Ziemi Lubawskiej. Pościg krzyżacki dopadł ich jednak koło Lubawy, pod wsią Fijewo. Na widok zakutych w stal rycerzy lekkie oddziały pruskie rzuciły się do ucieczki. Gdy Krzyżacy ruszyli do bezładnej pogoni, zawróciły i stawiły opór.

Zasadzka pod Fijewem kosztowała Zakon 40 rycerzy i wielu braci służebnych. Poległ też mistrz krajowy Heimering. Te zwycięstwa pruskie zdarzały się jednak coraz rzadziej. Represje Zakonu, a także metoda kija i marchewki przynosiły zamierzony efekt. Coraz więcej całych ośrodków przechodziło na stronę chrześcijan. Często zdarzało się, że przy pomocy zdrajców opanowywano całe pruskie zespoły warowne, zaś oporną ludność po prostu wycinano w pień (jak np. w Przezmarku).

W 1267 r. do Prus ponownie przybyli rycerze króla czeskiego Przemysława Ottokara II. Przeważającymi siłami urządzono swoiste „polowanie” na Henryka Monte. Wódz Natangów walczył do samego końca. W lasach dzierzgońskich dopadł go jednak komtur dzierzgoński Henryk von Schonnenberg. Podstępnie uprowadzony, został publicznie powieszony i przebity sztyletem.

Do 1273 r. Krzyżacy odzyskali wszystkie utracone ziemie. Powstanie upadło. Idąc za ciosem, w przeciągu kilku lat, opanowane zostały zarówno Nadrowia, Skalowia jak i Sudowia. Ci Prusowie, którzy nie polegli lub nie poszli w niewolę, uciekli za Niemen na Litwę. Tak więc pod koniec XIII w. Krzyżacy zakończyli ostatecznie podbój ziem pruskich. U ich wschodniej granicy pojawił się nowy cel – pogańska Litwa.

Literatura
Crome H., Karte und Verzeisnich der vor und fruhgeschtlichen Wehranlangen in Ostpreussen „Altpreussen” 1937, t. II
Petri de Dusburg, Chronicon terrae Prusiae, wyd. M. Toepen, [w:] Scriptores rerum Prussicarum, t. I, Lepzig 1861
Dygo M., Studia nad początkami władztwa Zakonu Niemieckiego w Prusach (1226-1259), Warszawa 1992
Biskup M., Labuda G., Dzieje Zakonu Krzyżackiego w Prusach, Gdańsk 1986
Okulicz-Kozaryn Ł., Dzieje Prusów, Wrocław 1997
Sypek R., Zamki i obiekty warowne Ziemi Chełmińskiej i Michałowskiej, Warszawa 1999
Sypek R., Zamki i obiekty warowne Pomezanii, Ziemi Sasińskiej i Lubawskiej, Warszawa 2000

Wojskowość Zakonu
Podstawę siły zbrojnej Zakonu stanowiła ciężka jazda. W jej skład wchodzili bracia-rycerze, którzy składali śluby zakonne. Także goście Zakonu, rycerze europejscy, na czele własnych kopii i chorągwi, zasilali wydatnie tę formację. Obok braci i gości do formacji ciężkiej jazdy zaliczano przedstawicieli zamożnego rycerstwa z Prus (którzy posiadali majątek, co najmniej 40 łanów ziemi). Obok ciężkozbrojnej jazdy, stawała lekka jazda, rekrutująca się głównie z grona giermków i towarzyszy rycerzy. Służyli tu także często pruscy neofici, tworzący straż przednią w czasie przemarszów. Piechota w wojsku krzyżackim początkowo pełniła funkcje pomocnicze, włączając się do walki, dopiero po uderzeniu jazdy. Od XIV w. duży jej procent stanowiły oddziały najemne.

Wojskowość Prusów
Wojskowość Prusów do dziś nie jest w pełni znana. Ich uzbrojenie znacznie odbiegało od uzbrojenia rycerstwa europejskiego. Strój ochronny stanowiły zazwyczaj skórzane kaftany, na które naszywane były metalowe płytki. Do osłony służyły im także hełmy typu pruskiego i charakterystyczna, nieduża prostokątna tarcza, zwana pawężą. Broń zaczepna to przeważnie krótkie miecze, włócznie i sulice oraz maczugi. Broń z żelaza sprowadzali Prusowie z Polski, Rusi i ze Skandynawii, bowiem nie mieli oni na swoim terytorium złóż tego kruszcu. W obronie Prusowie najchętniej chowali się za umocnienia warownego obozu. Wyprawom łupieżczym przewodzili najlepiej uzbrojeni, tzw. vitingo czyli swoista wojskowa arystokracja pruska. Vitingo posiadali konie i organizowali się w niewielkie drużyny, od kilku do kilkudziesięciu wojowników. Te niewielkie oddziały potrafiły przeniknąć przez granice i siać zniszczenie w osadach na terytorium nieprzyjaciela. Takie grupy potrafiły przedrzeć się nawet pod Płock. Pozostali mężczyźni z plemienia stanowili pospolite ruszenie, zwoływane tylko w chwili zagrożenia.

Część 1
Część 2
Część 3

Autor: Robert Sypek

Opublikowano 20.07.2007 r.

Poprawiony: poniedziałek, 14 marca 2011 08:42