Wojna z Austrią roku 1796 – pierwsza kampania Napoleona Bonaparte

  • PDF
  • Drukuj
  • Email

W historiografii europejskiej panuje opinia, że epokę napoleońską należy datować na okres 1800-1815, to jest od momentu, gdy Napoleon dokonał przewrotu polityczno-wojskowego, „obalając” Republikę, aż do jego klęski pod Waterloo. Zdaniem niektórych historyków początek tego fascynującego okresu należy rozpocząć właśnie od roku 1796, roku w którym Napoleon Bonaparte po raz pierwszy stanął na czele armii, którą poprowadził do zwycięstw oszałamiających ówczesnych teoretyków prowadzenia wojny. Sam Napoleon po latach twierdził, że jego kampania włoska z wojny lat 1796-1797 była jedną z jego najtrudniejszych operacji. Nie zdarzyło się już później by jako cesarz osobiście prowadził żołnierzy do walki nie bacząc na kule i pociski armatnie tak jak uczynił to na moście pod Arcole, gdzie ze sztandarem w ręku wiódł grenadierów do ataku.

Przyjrzyjmy się zatem tej pierwszej kampanii „boga wojny”, kampanii, która przyniosła mu sławę, choć równie dobrze mogła się zakończyć klęską.

Dnia 21 stycznia 1793 r. ścięto Ludwika XVI. Rewolucja francuska wchodziła w okres krwawego terroru. Rojaliści emigrowali do Anglii i Austrii, która od kwietnia 1792 była w stanie wojny z Francją. Teraz, po zgilotynowaniu króla francuskiego, monarchowie europejscy postanowili wspólnie interweniować nad Sekwaną. Większość państw sąsiadujących z Republiką wypowiedziała Francji wojnę. Była to tzw. I koalicja (Anglia, Austria, Prusy, Holandia…). Na Republikę spadały klęski. Wiosną 1793 roku pobite armie francuskie cofnęły się ku granicom Francji. W Wandei i Bretanii wybuchły powstania, na południu kraju wypowiedział posłuszeństwo Lyon, Tulon zajęli Anglicy. Dopiero latem 1793 ofensywa sprzymierzonych została powstrzymana. Armia pruska zatrzymana została pod Fleurus, Austriacy parę miesięcy później pod Jemappes. W 1794 roku z wojny wystąpiły Prusy, zaangażowane wtedy w tłumienie powstania kościuszkowskiego w Polsce. Na placu boju pozostała Austria. Front działań ustabilizował się na linii Renu i Alp. Całe północne Włochy były w posiadaniu Austriaków. Alpy skutecznie dzieliły wydarzenia wojenne na dwa odrębne obszary operacyjne w Niemczech i we Włoszech.

Armia Włoska od 4 lat walczyła w wąwozach alpejskich i liguryjskich. Po szybkim zdobyciu Nicei jej impet w 1795 r. został wstrzymany. W krwawych walkach tego roku udało się Francuzom opanować część wybrzeża z Savoną i Saorgio. Wobec stałego wzrostu sił austriackich we Włoszech pod koniec 1795 r. marsz na Genuę (najważniejsze miasto włoskie na wybrzeżu liguryjskim) został udaremniony. W Piemoncie po stronie Austrii organizował się 25 tys. korpus Królestwa Sardynii (będącego w stanie wojny z Republiką). Przeszło 30 tys. Austriaków osłaniało południową Lombardię i Genuę. Do Włoch zmierzały kolejne posiłki, które mogły zmienić istniejący stosunek sił. W tym czasie republikańska Armia Włoska liczyła niewiele ponad 40 tys. ludzi, brakowało zwłaszcza kawalerii. Armia ta, zaniedbana przez Konwent na korzyść armii w Niemczech, cierpiała nędzę i niedostatek, zarówno aprowizacyjny, jak i w karabinach, butach itp. Dostawy i uzupełnienia szły nad Ren, gdzie armia francuska liczyła ponad 150 tys. ludzi.

Na początku marca 1796 r. przybył do Nicei 27-letni generał Napoleon Bonaparte. Odznaczył się już zdobyciem Tulonu, a w latach 1794-95 jako generał artylerii Armii Włoskiej zbierał doświadczenia wojskowe. Z tego okresu pochodzą jego raporty o stanie armii, a zarazem projekty bardziej zdecydowanych działań przeciwko Austriakom w Ligurii. W 1795 r. na wezwanie rządu przybył do Paryża, gdzie ogniem swych dział krwawo rozprawił się z rojalistami, próbującymi wywołać kontrrewolucję w samej stolicy. Doceniając jego zasługi, mimo młodego wieku generała, zdecydowano się powierzyć mu dowództwo właśnie nad Armią Włoską. Nie spodziewano się we Włoszech większych sukcesów. Bonaparte miał raczej przezwyciężyć marazm i przez swoje śmiałe plany przenieść ciężar wojny na teren Italii. Nikt nie przypuszczał, że Napoleon zdoła pokonać blisko dwukrotnie liczniejszego przeciwnika. Jednakże dowódca Armii Włoskiej miał plany o wiele bardziej ambitne. Założenia jego planu kampanii w pierwszej fazie opierały się na manewrze rozdzielenia sił austriackich i sardyńskich. Mając wojsko liczebnie słabsze od swoich dwóch przeciwników, całą nadzieję pokładał w działaniu z pozycji środkowej, umożliwiającej bicie przeciwników w oddzielnych bitwach.

Przeciwnikiem Napoleona był 71-letni generał austriacki Jan Piotr Bealieu. Jego plany, obwarowane rozkazami z Wiednia i brzemieniem własnego wieku, sprowadzały się do postawy obronnej, której celem było niedopuszczenie do utraty Genui i uniemożliwienie Francuzom zejścia z przełęczy liguryjskich. Na pierwszy ruch wojsk napoleońskich Bealieu, obawiający się ataku na Genuę, częścią swych sił uderzył pod Voltili (miasteczko pomiędzy Genuą a Saorgio) na wysuniętą w tym kierunku brygadę Cervonii. Francuzi wycofali się jednak w porządku. Bealieu, zadowolony z tego małego sukcesu, nakazał swoim oddziałom cofnąć się na Genuę. Nie wiedział wtedy, że tym wystąpieniem rozpoczął ofensywę francuską. Napoleon tylko czekał na zaangażowanie jego wojsk pod Genuą. Większość swoich sił postanowił przerzucić przez góry. 12 kwietnia pod Montenotte czołowe dywizje francuskie odrzuciły grupę Argentau do Lombardii. Austriacki dowódca atakowany od frontu ustąpił na Carcare. Chociaż niepobity, został jednak oddzielony od wojsk sardyńskich.

Napoleon w nocy 13 kwietnia rozkazał w zmienionej sytuacji pościg za Sardyńczykami, którzy wycofywali się już na Turyn. Przed Austriakami osłaniał się jedynie słabymi oddziałami, nie licząc się poważnie z kontrakcją Bealieu. Sardyńczycy, powiadomieni przez Bealieu dopiero 10 kwietnia o rozpoczęciu działań, byli do walki jeszcze nieprzygotowani. Nie mając możliwości połączenia się z sojusznikami i zmuszeni osłaniać Turyn, pod Cevą organizują warowny obóz, gdzie pragną powstrzymać nacierających Francuzów. Jednakże już 17 kwietnia dywizja Seruriera śmiałym atakiem zdobywa pierwsze reduty. Colli, głównodowodzący armii sardyńskiej nakazał odwrót na Turyn. Jeszcze raz próbował się bronić pod Mondovi, ale zagrożony obejściem musiał ustąpić. W trakcie tych działań Bealieu, rozpaczliwie wzywany na pomoc, nie zdecydował się interweniować, bojąc się o swoje połączenia z Mediolanem i Genuą. Napoleon był konsekwentny. Swoją przewagę nad Sardyńczykami wykorzystuje w pełni. 28 kwietnia dwór sardyński w Turynie, nie widząc szansy na powstrzymanie przeszło dwukrotnie liczniejszego przeciwnika, składa propozycje pokojowe. Królestwo Sardynii wychodzi z wojny. W ręce francuskie dostały się Turyn, Cumeo i ważna twierdza w Alessandrii. Zwłaszcza opanowanie Alessandrii zmusiło Bealieu do zupełnego odwrotu na lewy brzeg Padu. Oddzielając się od Francuzów linią rzeki, dowódca austriacki chciał zyskać na czasie. Pierwsza faza kampanii była zakończona.

W ciągu 14 dni Napoleon zdołał pokonać dwie armie, wygrać sześć bitew, zająć nieprzyjacielskie twierdze. Bilans naprawdę imponujący zważywszy na przewagę nieprzyjaciela zarówno w piechocie, artylerii, jak i zwłaszcza w kawalerii. Napoleon po zwycięstwach w Piemoncie nie dał wiele czasu przeciwnikowi na zorganizowanie obrony. Pod Placencją, mimo kontrakcji wroga, zdołał przerzucić armię na lewy brzeg Padu. Bealieu, któremu nie udało się zaskoczenie przeprawiających się wojsk francuskich, ponownie uchylił się od generalnego starcia. Dopiero 10 maja część jego armii próbowała zatrzymać Francuzów pod Lodi na przeprawie przez niezniszczony most nad rzeką Addą. Napoleon nie wahał się co do podjęcia ataku. W pierwszej fazie bitwy Austriacy odparli grenadierów francuskich. Dopiero artyleria i flankowe uderzenie kawalerii francuskiej zmusiło ich do odwrotu. Na polu bitwy pozostawili kilka tysięcy zabitych i rannych. W rękach Napoleona była cała Lombardia. Broniły się jeszcze garnizony Mediolanu, Parmy… Napoleon naprzeciw Bealieu wysunął 25 tys. ludzi, resztą wojsk opanował miasta Lombardii, narzucając ciężkie traktaty Parmie i Modenie. Do Paryża zdążały wozy wyładowane dziełami sztuki, pieniędzmi. Kontrybucje nałożone przez Napoleona wydatnie zasiliły budżet francuski. Dyrektoriat przesłał Bonapartemu gratulacje i plan dalszego prowadzenia wojny. Zgodnie z nim Napoleon miałby z częścią sił opanować całe centralne i południowe Włochy, natomiast walkę z Austriakami miałaby przejąć armia generała Kellermana, zwycięzcy spod Valmy. Napoleon odrzucił ten projekt. Dobrze wiedział, że rozdrabnianie sił na podbicie Włoch w sytuacji, gdy nieprzyjaciel jest nadal groźny w północnej Italii, jest niedorzecznością. Zaraz po upadku Mediolanu zarządził dalsze działania przeciwko Austriakom.

Plan Napoleona był prosty. Uderzeniem na Brescię pragnął odciąć Bealieu od Tyrolu, skąd jego przeciwnik otrzymywał posiłki znad Renu. Tędy też biegły jego linie zaopatrzenia. Tym razem Bealieu postanowił nie dać się wystraszyć. Zajmuje nad Mincio pozycję obronną, mając na prawym skrzydle warowną Weronę, a na lewym potężną twierdzę w Mantui. 29 maja Napoleon uderzył znienacka na most pod Borhetto. Batalion austriacki broniący przeprawy został dosłownie zniesiony, nie zdążył nawet zniszczyć mostu. Austriacy rozerwani w centrum nie mieli innego wyjścia jak wycofać się do Tyrolu. Ich lewe skrzydło schroniło się za murami i bastionami twierdzy mantuańskiej. Wkrótce przeszło 10 tys. Austriaków zostało zamkniętych w oblężeniu.

Napoleon mógł już napisać w rozkazie dziennym W Mantuańskiem pozostaje z sił nieprzyjacielskich tylko załoga Mantui. Austriacy są wygnani do Tyrolu. Teraz mógł zwrócić się na południe, opanował Modenę, Bolonię, Ferrarę, narzucił ciężki rozejm papieżowi i Królestwu Neapolu. Jak widać druga faza kampanii zakończyła się także pełnym sukcesem. Oto jak oceniał Napoleona nasz historyk wojskowości Marian Kukiel: Już w tej pierwszej części ujawniło się z jasnością nieporównaną przeciwieństwo między tym, co w owym czasie nazywano wojną metodyczną, a nowym sposobem wojowania, po mistrzowsku zastosowanym przez młodego Bonapartego…

Jednak najcięższa próba dla „boga wojny” była dopiero przed nim. W czasie gdy jego armia parła nieprzyjaciela do odwrotu, nad Renem działania dopiero się zaczynały. Dało to Austriakom czas na przegrupowanie sił. Wurmser z 30 tys. ludzi spieszył już do Tyrolu, gdzie objął dowództwo nad zdemoralizowaną niepowodzeniami armią włoską. W ten sposób siły austriackie wzrosły w Tyrolu do przeszło 50 tys. Napoleon mając około 40 tys. ludzi przygotowywał się do obrony. Do oblężenia Mantui musiał wydzielić blisko 10 tys. żołnierzy pod dowództwem Seruriera. Odstępy między poszczególnymi dywizjami francuskimi były niewielkie i w każdym momencie mogły być zebrane do wykonania rozstrzygającego uderzenia (maksymalnie ok. 30 tys. ludzi). Sprzymierzeńcem Napoleona był teren sprzyjający działaniu małych sił.

Plan Wurmsera zmierzał do pobicia Francuzów kilkoma grupami. Jedna pod dowództwem Qusdanowicza (18 tys.), doliną Chiesy miała wyjść na tyły Francuzów, druga pod jego osobistym dowództwem (30 tys.), doliną Adygi miała dążyć w kierunku Mantui. Wydzielona grupa generała Meszarosa (5 tys.) miała dokonać demonstracji na dolną Adygę. Dnia 29 lipca Austriacy rozpoczęli swoje działania zaczepne. Wszystkie wysunięte posterunki francuskie doznały porażki. Postępy wojsk Wurmsera były szybkie. Qusdanowicz opanował Brescię (gdzie do niewoli dostał się Lasalle). Kolejne zarządzenia Napoleona są dezaktualizowane przez ciągle zmieniającą się sytuację. Najpierw pragnął stoczyć bitwę z siłami głównymi Wurmsera gdzieś w okolicach Werony, ale wobec zagrożenia skrzydeł podjął dramatyczną decyzję odwrotu. Postanowił poświęcić oblężenie Mantui (razem z nagromadzonym sprzętem) i rzucić się przeciw Qusdanowiczowi.

1 sierpnia Wurmser tryumfalnie wkroczył do Mantui. Tymczasem Napoleon w rozpaczliwym wyścigu z czasem forsownymi marszami ciągnął armię na Brescię. Na jego spotkanie zmierzały dwie kolumny austriackie; Qusdanowicz z północy i Wurmser ze wschodu. Napoleon był jednak szybszy. 3 sierpnia pod Lonato Qusdanowicz zmuszony był walczyć w osamotnieniu. Pobity uchodził Rocca d.Anfro. Teraz Napoleon mógł zwrócić się przeciwko następującemu mu na pięty Wurmserowi. 5 sierpnia doszło do słynnej bitwy pod Castiglione. Napoleon, podobnie jak pod Montenotte i Lodi, manewrem na tyły nieprzyjaciela rozstrzygnął losy starcia. Oddziały Wurmsera w pełnym rozprężeniu opuszczały Lombardię, kierując się za Adygę i do Tyrolu. Wycieńczone ośmiodniowymi forsownymi marszami wojska francuskie zatrzymały się w pościgu pod Weroną.

Z początkiem listopada Austriacy ponownie próbowali przejąć inicjatywę z podobnym skutkiem jak poprzednio. Pod koniec roku obie strony zbierały siły by z nowym rokiem przystąpić do działania z jeszcze większą determinacją.

Na przełomie grudnia i stycznia 1797 r. w Tyrolu Austriacy zbierali kolejną armię. Wobec wzrostu sił nieprzyjaciela Napoleon nakazał wycofać się z Trydentu, odstąpił od Padwy, poświęcając Ren, aby zachować pełne współdziałanie poszczególnych jednostek swojej armii. Pod Legnano rozłożona była dywizja Augereau, pod Weroną Massena, nieszczęsną Mantuę oblegał dalej Serurier. Główne siły austriackie znajdowały się pod Trydentem, ruch skrzydłowy miały wykonać grupy Bajalicza (Bassano-Vicenza) i Provery (Padwa). Łącznie Austriacy mieli przewagę przeszło 10 tys. żołnierzy. Dodatkowym ich atutem mogła być postawa załogi Mantui, która miała dokonać dywersji na tyłach Francuzów.

Plan Austriaków jest dzisiaj czytelny. Provera uderzać miał na Legnano i próbować odblokować Mantuę, Bajalicz skrzydłowo miał demonstrować przeciwko Massenie. Alvinczy z głównymi siłami miał nacierać z Tyrolu. 8 stycznia Napoleon otrzymał liczne raporty: Augereau spychany jest pod Legnano, Massena atakowany ze wszystkich stron. Napoleon nakazał wszystkim bronić się. Nie był jeszcze pewien którędy nieprzyjaciel zamierza uderzyć. 13 stycznia pod Rivoli Joubert spychany był przez masy wojsk austriackich z grupy Alvinczego. Napoleon nakazał generałowi obronę za wszelką cenę, równocześnie przyzywał w to miejsce dywizje Masseny i Reya. 14 stycznia bitwa nabrała rozmachu. Początkowo Austriacy sunęli naprzód niepowstrzymanie. Przed rozbiciem uratował Jouberta Massena, którego dywizja zatrzymała natarcie trzech kolumn nieprzyjacielskich. W tych chwilach ważną rolę odegrała lekka kawaleria francuska z Lasallem w roli głównej, która kilkakrotnie szarżowała na wroga. Austriacy mieli jednak ciągle znaczną przewagę liczebną. Dopiero pod koniec dnia nadejście dywizji Reya zmieniło sytuację. Napoleon nakazał przejście do kontrataku. Do wieczora Alvinczy jest całkowicie pobity. W pościg za nim ruszył Joubert, tymczasem Massena forsownymi marszami na południe dopadł Proverę, który był w marszu na Mantuę, biorąc całą jego grupę do niewoli pod Favorita. Z blisko 50 tys. ludzi Alvinczy’ego zostało tylko kilkanaście tysięcy w odwrocie na Trydent. Mantua, wyczerpana wkrótce kapitulowała. To była ostatnia austriacka próba przejęcia inicjatywy w tej wojnie.

W marcu siły francuskie wzrosły we Włoszech do ponad 60 tys. Dzięki tym posiłkom Napoleon podjął generalną ofensywę, której celem ostatecznym miał być Wiedeń! Na nic się zdały rozpaczliwe próby zatrzymania Francuzów. Nie pomogła Austriakom nawet zmiana dowództwa naczelnego, które objął arcyksiążę Karol. Zdemoralizowana armia austriacka nie była zdolna stawić większego oporu. 7 kwietnia w Leoben u stóp Simmeringu podpisano zawieszenie broni. Wojna z Austrią została zakończona zwycięstwem. Republika zawdzięczała to zwycięstwo Napoleonowi Bonaparte. W strefę wpływów francuskich dostały się całe Włochy, w Niemczech uzyskano granicę na Renie. Austria, pokonana i upokorzona potrzebowała dwóch lat aby podnieść się do kolejnej próby sił, ale to już zupełnie inna historia.

***

W tym miejscu przerywam ten nieco przydługi wstęp historyczny aby opisać historię kapitana Lasalle, przyszłego najlepszego generała kawalerii Wielkiej Armii, który właśnie we Włoszech zbierał swoje pierwsze doświadczenia wojenne.

Wstawał świt. Vicenza pogrążona była we śnie. Na ulicach panował niczym niezmącony spokój. Pod pałacem markizy de Sali przy Piazza di Signori we wnęce bramy jednego z domów, trzymając za uzdy niespokojne konie stało kilku kawalerzystów. Ich ciemnoniebieskie surduty w białych płaszczach i numer 1 wyszyty na mantelzaku wskazywały, że należeli do 1 pułku kawalerii francuskiej. Co chwila któryś z nich wyglądał na ulicę. Co kilkadziesiąt metrów znajdowali się kolejni jeźdźcy. Znak dany ręką uspokajał pozostałych.

Na ulicach nie było nikogo. Mimo iż zimno tego grudniowego poranka 1797 r. było przejmujące, nikt nie opuszczał swojego stanowiska.

W bramie kilku kawalerzystów ściszonym głosem rozmawiało między sobą:
- Przeklęty ten Lasalle, zgubi nas wszystkich – rzucił jeden z nich.
- Tak, w dodatku my tu marzniemy, a on kokosi się tam na górze – dodał drugi.
- To fakt, ale pamiętacie jak nas przeprowadził koło straży austriackich. Jaką głupią miał minę ten oficer z patrolu dragonów Karaczaya, jak go zbył tą niemiecką piosenką i tym, że niby jesteśmy z ubezpieczenia Wurmsera.
- Też fakt, na szczęście chyba się w ogóle nie domyślają, że tu jesteśmy. Ale widzieliście też, aż się roi tu od Austriaków, pewne jest, że szykują się do ataku. Ciarki mnie przechodzą, niekoniecznie z zimna. Więcej ich od naszych.
Pustą ulicą lekkim kłusem nadjeżdżał kolejny żołnierz.
- Kapitanie Carlier – raportował – wszystkie bramy są obsadzone.
- Dobra, czekamy! – odrzucił oficer.
Czas mijał powoli. Słońce ociężale wznosiło się coraz wyżej, oświetlając miasto. Można było już rozpoznać z oddali mury zamku, katedrę, Santa Corone, Santa Dominico.

Tymczasem w pałacu markizy de Sali młody oficer francuski z zapamiętaniem oddawał się rozkoszy obcowania z przepiękną kobietą. Poznali się parę miesięcy wcześniej, kiedy to wojska francuskie zajmowały Vicenze. Mąż markizy emigrował do Wenecji, obawiając się republikańskich nastrojów w mieście. Żona pozostała, przedkładając nad strach ciekawość zobaczenia zwycięzców. Podczas jednego z bankietów poznała młodego kapitana strzelców konnych Charlesa de Lasalle. A rzeczywiście mógł się podobać. Wysoki, atletycznej budowy ciała mimo swych niespełna 21 lat by mężczyzną już w pełni ukształtowanym. Jego potężne bary i silne dłonie z równym zapamiętaniem obejmowały kochankę, co na polu bitew czyniły spustoszenie w szeregach nieprzyjaciół.

Gdy jesienią 1796 r. Francuzi zmuszeni byli opuścić Vicenzę i cofnąć się pod Weronę, oboje kochankowie zostali rozdzieleni. Utrzymywali jednak listowną korespondencję. W jednym z listów Lasalle zasugerował markizie, aby zdobyła informacje o wojskach austriackich, planach, dowódcach przebywających w mieście. W tych czasach w pałacach możnych mimo wojny nieprzerwanie trwały różne zabawy i bale, odwiedzane licznie przez wojskowych. Nietrudno było tu dowiedzieć się nawet o najskrytszych planach militarnych, gdy rozpalone głowy oficerów nadużywały alkoholu i innych przyjemności. Wkrótce spragniona powrotu kapitana armii francuskiej markiza znała nazwiska ważniejszych dowódców austriackich, ich zamierzenia i ich nadzieje co do powodzenia zbliżającej się ofensywy wojsk cesarskich we Włoszech. Lasalle, zaręczając o swoim głębokim uczuciu, obiecał przybyć po te informacje osobiście.

Ani Massena, ani generał Leclerc mający pieczę nad strażą przednią Armii Włoskiej nie chciał puścić kapitana na tak niebezpieczną wyprawę kilkanaście kilometrów w głąb ubezpieczeń nieprzyjaciela. Postawa i pewność siebie młodego oficera pozwoliły jednak wkrótce przekonać przełożonych do podjęcia wypadu. Pod rozkazy Lasalla oddano 50 ludzi z 1 pułku kawalerii. Żegnając go generał Leclerc był więcej niż pewien, że więcej nie zobaczy tego wyrośniętego i odważnego młodzieńca.

Nocą oddział w największej skrytości i przy całym sprycie ich dowódcy przedarł się przez linie austriackich straży przednich i dotarł do Vicenzy. Markiza de Sali była szczęśliwa, z lubością kochankowie przypomnieli sobie tematy, którymi zajmowali się jeszcze tego lata. W przerwach Lasalle pytał markizę o nieprzyjaciela. Zapobiegliwa Włoszka przygotowała wszystko na piśmie, aby nie tracić czasu na gadanie. Ten poranek był dla obojga niezwykle wyczerpujący. Romantyczne spotkanie przerwał odgłos dwóch strzałów z pistoletów, które rozdarły ciszę na ulicach miasta. Lasalle w pędzie ubrał się pozostawiając panią de Sali samą w łożu. Niczym błyskawica zbiegał po schodach, zapinając guziki na swoim dolmanie (krótka obcisła kurtka – przyp. aut.). Na ulicy znalazł leżącego rannego żołnierza. Okazało się, że kilku kawalerzystów austriackich wjeżdżając do miasta natknęło się na posterunki francuskie. Ich dowódca wypalił z pistoletu do kapitana Carliera, ale spudłował. Zaraz pogonieni ratowali się ucieczką i najprawdopodobniej zaalarmowali już pozostałe jednostki rozłożone obozem pod miastem. Sytuacja stawała się poważna.

Lasalle popędził w kierunku bramy San Giuseppe, gdzie znajdowała się większość jego ludzi. W pewnym momencie na skrzyżowaniu ulic natknął się na sześciu huzarów austriackich. Obie strony zdumione tym spotkaniem wstrzymały konie, ale Lasalle już po chwili wzniósł do góry rapier, spiął konia i rzucił się do szarży na nieprzyjaciół. Ci, zdumieni postawą tego szaleńca, na wszelki wypadek… pierzchli! Droga była wolna. Po chwili Lasalle był już przy swoich.

Kapitan Carlier krótko objaśnił sytuację. Brama San Giuseppe była zablokowana, a pościg austriacki był tuż, tuż. W mieście było dużo nieprzyjacielskiej piechoty, a za miastem stacjonował pułk józefińskich huzarów. Lasalle błyskawicznie nakazał zwrot na północ miasta w kierunku Bramy Padewskiej. Na szczęście tu Austriacy jeszcze nie dotarli. A więc droga była wolna.

Z osiemnastoma ludźmi Lasalle wypada z miasta. Jednak o pełnię szczęścia wydostania się z pułapki jaką stawała się Vicenza trzeba było stoczyć jeszcze jedną walkę. Od północy miasto opływa rzeka Bachiglione, niestety mostu strzegł szwadron huzarów, blisko 100 kawalerzystów. Austriacki oficer, widząc słabość nieprzyjaciela, nakazał zablokować swoim ludziom przejście przez most. Na jego rozkaz pierwszy szereg zsiadł z koni i załadował broń gotową do wystrzału.

Lasalle okiem wygłodniałego lwa ocenia sytuację. Widzi błąd przeciwnika. Luźny szyk strzelecki spieszonych kawalerzystów nie może powstrzymać śmiałej szarży. Na jego znak żołnierze 1 pułku wyjmują rapiery i z wyciągniętymi do przodu na front rzucają się do szarży. Na kilkadziesiąt metrów przed starciem salwa z karabinów kawaleryjskich powala trzech Francuzów. Reszta pędzi niepowstrzymanie naprzód. Uderzenie jest krótkie i gwałtowne. Kilka cięć i kilku huzarów leży martwych na przedmościu. Po chwili uderzenie słabnie w liczbie zmieszanych Austriaków. Walka nabiera charakteru pojedynków na białą broń. Lasalle jest w swoim żywiole. Czterech huzarów dopadło go i otoczyło. Pierwszego ugodził w pierś, drugiemu rozchlastał twarz na połowę, trzeciemu rozłupał kułbak, a z nim czaszkę, ostatniego powalił, gdy ten próbował rzucić się do ucieczki.

Ludzie z oddziału Lasalla zdołali się już przebić przez nieprzyjaciół. On w zapamiętaniu i zapale morderczego rzemiosła przeciwnie, oddalił się od niego. Teraz w jego kierunku ruszyło 20 huzarów. Tylu to jednak za dużo nawet jak dla Lasalla. Ratunek jest tylko na drugim brzegu. Kieruje konia do rzeki, ale przerażone zwierzę opiera się i wysadza jeźdźca z siodła. Dzięki zręczności upadek nie jest groźny. Huzarzy są jednak coraz bliżej. Nie tracąc czasu Lasalle zrzuca z siebie część ubrania, odrzuca szablę i skacze do wody. Rzekę pokonuje wpław przy asyście przekleństw nieprzyjaciół i brawach swoich ludzi z drugiego brzegu. Austriacy nie kwapią się z przejściem mostu w pościgu. Po chwili z miasta wypadają kolejni Francuzi, którzy dopiero teraz zebrali się z licznych placówek. Na ich widok i równie zdecydowaną postawę Austriacy nie zamierzają już ryzykować kolejnego starcia. Wkrótce cały oddział Lasalla łączy się po drugiej stronie rzeki.

Podczas tej krótkiej walki Austriacy stracili 3 jeńców, 7 koni, 11 zabitych i dwa razy tyle rannych. Po stronie francuskiej straty były o wiele mniejsze, w sumie pozostawiono 1 kawalerzystę, 3 było rannych.

Niewiele mieli czasu na podziwianie swojego wyczynu. W każdej chwili w pościg mógł się rzucić cały pułk huzarów. Lasalle musiał dowieźć informacje do sztabu, aby uprzedzić o wzmocnieniach nieprzyjaciela.

Dnia 18 grudnia 1796 r. Napoleon Bonaparte dokonał pod Weroną przeglądu wojsk. Często zatrzymywał się przy żołnierzach, zamieniał z nimi parę słów, pocieszał, pozdrawiał, sprawdzał ekwipunek. W pewnym momencie przed szereg piechoty na austriackim koniu wyjechał Lasalle. Brudny i zmęczony, w poszarpanym mundurze, prosto, z pominięciem oficera ordynansowego przystąpił do wodza. Przed Napoleonem zsiadł z konia i w postawie „na baczność” oczekiwał pytań. Napoleon był wyraźnie niezadowolony.
- Co znaczy ten wygląd żołnierzu, jakiego konia pan dosiada?!
- Jest to koń zdobyty na nieprzyjacielu.
- Gdzie?
- W Vicenze.
- W Vicenze? Czyś zwariował?
- Przybywam stamtąd, a nawet przyprowadzam jeńców i wiadomości, których ważność niewątpliwie osądzisz sam, obywatelu generale.

Napoleon z dumą patrzy na tego młodzieńca. Po chwili zadumy bierze go pod rękę i odprowadza na bok. Rozmawiają. Dowódca Armii Włoskiej słuchając raportu Lasalla odczytuje i analizuje jego spostrzeżenia. Teraz ma już pełną jasność. Lada dzień przyjdzie się bronić przed atakiem Wurmsera. To groźny przeciwnik. Nie można pozwolić Austriakom spokojnie zejść z gór, wypuścić ich na równiny Lombardii. Trzeba będzie powstrzymać ich u wylotu przełęczy, nie dopuścić do obleganej Mantui. A Lasalle zostaje awansowany na dowódcę szwadronu 7 pułku huzarów. W rozkazie dziennym zostaje zapisane: Odznaczył się podczas podjazdu na Vicenze, 27 frimara roku V, gdzie na czele osiemnastu jeźdźców zaszarżował i rozbił stu nieprzyjacielskich huzarów, przy czym on sam, otoczony przez czterech huzarów, porąbał ich wszystkich i przebywszy wpław Bachiglione, połączył się ze swym oddziałem.

Autor: Robert Sypek

Opublikowano 25.07.2007 r.

Poprawiony: sobota, 26 stycznia 2013 19:33