Wyprawy Śladami II Wojny Światowej – Market-Garden Tour

  • PDF
  • Drukuj
  • Email

W dniach 17-23 września miałem okazję wziąć udział w niezapomnianej wycieczce, którą pokrótce postaram się przybliżyć.

Na trop fanpage Wyprawy śladami II wojny światowej trafiłem przez przypadek jakieś pół roku temu. Ot, magia Facebooka. Z zainteresowaniem śledziłem informacje o odbywających się wyprawach w Ardeny i po cichu kiełkowała we mnie myśl o spędzeniu któregoś urlopu w ten sposób. Kiełkowanie gwałtownie przyspieszyło, kiedy Łukasz ogłosił organizowanie we wrześniu kolejnej wyprawy – tym razem śladami operacji „Market-Garden”, która chociaż była głównym punktem programu, to nie była jedynym. Szybka decyzja „jadę” umożliwiła załapanie się rzutem na taśmę do składu sześcioosobowej grupy, która od 17 września – a więc akurat od rocznicy rozpoczęcia jednej z największych operacji powietrznodesantowych w historii – miała przemierzać holenderskie poldery pomiędzy Arnhem i Eindhoven.

Wyprawę zaczęliśmy z wysokiego C – od jednego z największych w Europie muzeów broni pancernej, Deutsches Pazermuseum Munster. Ponieważ mam za sobą wizytę w jego brytyjskim odpowiedniku (Bovington), to nie było aż takiego efektu „wow”, jak można by się spodziewać, niemniej jednak jest to gratka dla fana broni pancernej, gdyż sporej części eksponatów (m.in. repliki pierwszowojennego A7V) nie zobaczy się nigdzie indziej.

 

Replika A7V Wotan

 

Replika Tygrysa I – oryginał był własnością prywatnego kolekcjonera i został zabrany z muzeum

 

Jagdpanzer IV pokryty Zimmeritem

 

Wespe i Hummel – dwie artylerie na podwoziu gąsienicowym

 

Jagdpanther

 

Widoczne ślady trafień na przednim pancerzu

 

Takie można było oglądać podczas defilady 15 sierpnia – Leopard 2 A4

 

Izraelska Merkava

 

Swojski widok, czyli SU-100

 

Pantera – jeden z sześciu takich czołgów na świecie, który jest w pełni sprawny

 

Drugi dzień, po podkładzie w postaci fragmentów klasycznego „A Bridge Too Far”, spędziliśmy wokół Arnhem i Driel – na pozycjach zrzutów i lądowań zarówno Brytyjczyków, jak i Polaków. Wszędzie wokół dawało się dostrzec ślady niedawnych obchodów w postaci udekorowanych wszelkiego rodzaju monumentów i pomniczków upamiętniających poświęcenie spadochroniarzy. Odwiedziliśmy także lokalny cmentarz w Driel, gdzie spoczywa Kornelia Baltussen, w ogromnej mierze odpowiedzialna za rehabilitację generała Sosabowskiego i jego żołnierzy oraz cmentarz wojskowy w Oosterbeek. Okrasą były muzea poświęcone spadochroniarzom, w tym Hartenstein i niewielkie muzeum w Arnhem.

 

Łukasz, organizator, wskazywał na mapach kolejne miejsca, do których docieraliśmy

 

Obelisk upamiętniający lądowanie polskich i brytyjskich spadochroniarzy

 

Most Johna Frosta w Arnhem – 10% jakich zabrakło do sukcesu udanej w 90% operacji

 

Tablica pamiątkowa przed muzeum Hartenstein

 

Tablica pamiątkowa przed jednym z okolicznych kościołów

 

Prom na Renie, o którym wszyscy zapomnieli

 

Pomnik ku czci kanadyjskich saperów, którzy nie szczędząc sił transportowali żołnierzy przez Ren

 

Tablica pamiątkowa gen. Sosabowskiego w Driel

 

W tym niepozornym domku mieścił się sztab polskiej brygady spadochronowej w Driel

 

Rzędy nagrobków na cmentarzu wojskowym Oosterbeek. Wyraźnie widać, jak nagrobki polskich żołnierzy wyróżniają się kształtem obok angielskich i kanadyjskich

 

Następnego dnia przenieśliśmy się bardziej na południe, gdzie podczas operacji walczyli spadochroniarze amerykańscy – 82 Dywizja Powietrznodesantowa i 101 Dywizja Powietrznodesantowa, w skład której wchodziła sławna „kompania braci” – kompania E 506 pułku. Mogliśmy zobaczyć jeden z mostów, którego nie udało się zdobyć (Son); zobaczyć różnicę w podejściu do planowania operacji przez Amerykanów w porównaniu z ich brytyjskimi kolegami oraz miejsce, gdzie żołnierze 82 Powietrznodesantowej pod ogniem forsowali rzekę, aby zdobyć most w Nijmegen i umożliwić XXX Korpusowi ruszenie na odsiecz wciąż jeszcze broniącym się za Renem Brytyjczykom. Wydawało się, że gwoździem programu będzie potężne Oorlogsmuseum Overloon, w którym podziwiać można całą masę sprzętu nie tylko bojowego ale tego, bez którego front nawet by nie drgnął – maszyn naprawczych, ewakuacyjnych, transportowych i wielu innych. Tak jednak nie było.

Okazało się, że w Nijmegen każdego dnia krótką ceremonią jest czczona pamięć żołnierzy, którzy polegli podczas tej operacji – Amerykanów, Brytyjczyków, Kanadyjczyków i Polaków. Jest to tak zwany „Sunset March” – o zachodzie słońca weterani maszerują przez most, zbudowany w pobliżu miejsca przeprawy. Na moście znajduje się 48 latarni – tyle, ilu żołnierzy poległo w trakcie desantu. Wraz z przemarszem grupy jedna po drugiej zaczynają się zapalać. Ponieważ trafiliśmy akurat na rocznicę desantu, to mieliśmy okazję być świadkami ceremonii nieco bardziej okazałej, niż na co dzień. To tam zamknęliśmy nasz pracowity dzień zwiedzania.

 

Pola pod Son, na których lądowali spadochroniarze 101 DPD

 

Na tej ulicy Easy Company przedzierała się wśród rozentuzjazmowanych Holendrów, częstujących Amerykanów papierosami

 

Best. Miejsce śmierci ppłk. Cole'a, dowódcy 3 batalionu 502 pułku 101 DPD

 

Niemiecki aparat nasłuchowy, stanowiący system wczesnego ostrzegania przed nalotami

 

Niemiecki halftrack, przezornie zaspawany od góry

 

Fragment muzeum Overloon

 

Mały buldożer, których pojedyncze sztuki były przydzielane do dywizji powietrznodesantowych działających podczas „Market-Garden”

 

Dom, który „grał” w „Kompanii braci” – symulując atak prowadzony z zupełnie przeciwnego kierunku, niż miało to miejsce historycznie

 

Tablice ku czci spadochroniarzy 82 DPD, którzy zginęli forsując na składanych łodziach Waal, aby uchwycić most w Nijmegen

 

Sunset March. Każdego dnia przed zachodem przez nowy most w Nijmegen maszerują ci, którzy chcą uczcić pamięć poległych w operacji „Market-Garden”

 

Kolejny dzień wyprawy poświęcony był w znacznej mierze szlakowi bojowemu 1 Dywizji Pancernej generała Maczka podczas wyzwalania Belgii i Holandii. Odwiedziliśmy m.in. jego grób na niewielkim cmentarzu w Bredzie. Później przeplatały się ze sobą informacje o działaniach polskich pancerniaków w 1944 i niemieckich spadochroniarzy w 1940, gdy śmiałym desantem zdobywali holenderskie mosty aby umożliwić uderzenie niemieckich sił pancernych na Francję. Tego dnia mocno zadziałały kontakty Łukasza, gdy umożliwił nam wejście do prywatnego muzeum (Kanadyjsko-Polskie Muzeum) już w zasadzie po godzinach jego otwarcia. A jak już weszliśmy, to trudno było nas z niego wyciągnąć. Sama historia muzeum także jest ciekawa – zostało ono założone na przedśmiertną prośbę ojca obecnego właściciela, który działał w belgijskim ruchu oporu i wyzwoleniu przez Kanadyjczyków i Polaków zawdzięczał życie. Dopiero na łożu śmierci uchylił jednak nieco rąbka tajemnicy ze swoich wojennych losów.

 

Przeszkody przeciwczołgowe niszczone przez polskich pancerniaków

 

W tym miejscu czołgiści Maczka zniszczyli niemiecki niszczyciel czołgów

 

Pomnik w Bredzie upamiętniający czołgistów Maczka

 

Jedyna zachowana Pantera w wersji D – dar polskich czołgistów dla wyzwolonego przez nich miasta Breda

 

Polskie groby na cmentarzu w Ginneken. Mieszkańcy nie zgodzili się na ich przeniesienie na cmentarz wojskowy w Bredzie

 

Oddanie hołdu generałowi Maczkowi

 

Tablica przed prywatnym muzeum kanadyjsko-polskim

 

Jeden z fragmentów wystawy w muzeum kanadyjsko-polskim

 

Tego Achillesa należałoby opisać hasłem „gdzie diabeł nie może, tam Polaka pośle”

 

Sherman Firefly w Tielt, należący wcześniej do 1 Dywizji Pancernej generała Maczka

 

Posuwając się dalej na zachód, mieliśmy okazję podziwiać fortyfikacje Wału Atlantyckiego na jego belgijskim odcinku oraz odwiedzić plaże Dunkierki, z których w 1940 setki tysięcy żołnierzy ewakuowano do Wielkiej Brytanii, aby mogli nadal toczyć wojnę. Czas zabijaliśmy dyskusjami na ile decyzje niemieckie, które doprowadziły do operacji „Dynamo” były słuszne czy też nie. Nieuchronnie jednak zbliżał się ostatni dzień wyprawy.

 

Taki widok musiał się roztaczać przed oczami niemieckich żołnierzy obsadzających umocnienia Normandii

 

Kwatery obsady jednego z bunkrów artyleryjskich

 

W pobliżu składów amunicji NIE PALIMY

 

FLAK 4cm

 

Szpital w pobliżu Dunkierki, do którego transportowano rannych

 

Przypomnienie żołnierzy czechosłowackiej 1 Brygady Pancernej, którzy do końca wojny oblegali odizolowaną Dunkierkę

 

Potężna bryła nieukończonej wyrzutni V2 w Eperlecques

 

Płytka wyrwa na dachu to ślad po bezpośrednim trafieniu 5-tonową bombą „Tallboy”

 

„La Coupole” – kolejny bunkier V2, Wizernes

 

Dzisiaj znajduje się w nim obserwatorium astronomiczne

 

Ten stanowił pewną odskocznię od dotychczasowej praktyki – zaczęliśmy od pola bitwy pod Waterloo, gdzie połowa wyprawy zdecydowała się spędzić kolejne ponad dwie godziny. Z pewnością muzeum warto polecić nawet pomimo tego, że nie jest związane z dziejami II wojny światowej. Samo muzeum jest rewelacyjne, łączące ze sobą multimedia i klasyczne wystawy. Do tego dochodzi film 4D, podczas którego mamy wątpliwą przyjemność zobaczyć jak czuł się człowiek stojący na drodze rozpuszczającej do szarży konie ciężkiej kawalerii, panorama Waterloo i wspaniały widok z Kopca Lwa, który jednak wymaga pewnego wysiłku fizycznego zanim zacznie się go podziwiać (225 stopni, którymi trzeba się wdrapać na ponad 40 metrów).

Spod Waterloo podążyliśmy do dosyć znanej twierdzy belgijskiej, która miała bronić mostów na Mozie i Kanale Alberta – Eben Emael – a która została zdobyta brawurowym i pierwszym w historii wojskowości atakiem jednostek szybowcowych. Twierdza robi wrażenie już z zewnątrz, dopiero jednak zagłębienie się w jej czeluście wraz z przewodnikiem pozwala poczuć jej gigantyczne rozmiary. Trafił się nam też przewodnik znakomity, świetnie opowiadający o dziejach twierdzy, ataku Niemców oraz o powojennych losach fortecy.

 

Eben Emael nie przywitał nas gościnnie

 

Wejście do kompleksu fortów

 

To tylko fragment korytarzy twierdzy

 

Rekonstruktorzy amerykańskiej 2 Dywizji Pancernej

 

Mieli nawet ze sobą kapelana

 

Obsługa dział wyglądała cokolwiek klaustrofobicznie

 

A ciasnota we wnętrzu szybowca jeszcze bardziej

 

Plan bitwy pod Waterloo na szczycie Lion Mound

 

Widok na Farmę Hougoumont

 

Tą trasę trzeba pokonać dwukrotnie – wchodząc na Lion Mound i schodząc z niego...

 

Z żalem wsiadaliśmy do samochodu, żeby rozpocząć długą drogę powrotną.

Tak naprawdę trudno to wszystko ująć w jakimś jednym czy dwóch zgrabnych zdaniach. Wyprawa Market-Garden była świetna. Pomimo tego, że jakąś wiedzą historyczną dysponuję, to niejednej nowej rzeczy mogłem się dowiedzieć, a wspaniale dobrana, kameralna grupa znakomicie się uzupełniała wiedzą zarówno stricte historyczną, jak i tą z zakresu wszelkiego rodzaju militariów. Teraz już tylko muszę zbierać siły i środki na kolejną wyprawę – już w kolejnym roku. Jeżeli ktoś chce pogłębić swoją wiedzę o działaniach w tamtym okresie, to szczerze polecam.

 

Wyprawa w komplecie

 

Dyskusja o artykule na FORUM STRATEGIE

Autor: Michał „Profes” Stępowski
Zdjęcia: Michał „Profes” Stępowski, Łukasz Włodarczyk

Opublikowano 07.10.2017 r.

Poprawiony: sobota, 07 października 2017 21:43