Nigdy nie myślałem o kolejnej edycji (wywiad)

  • PDF
  • Drukuj
  • Email

O Galicyjskich Manewrach Strategów, najstarszym odbywającym się w Polsce konwencie planszówkowym, mówi jego organizator Paweł Główczyk

Niedawno zakończyły się XIV Galicyjskie Manewry Strategów. Impreza, którą organizujesz od 14 lat, stała się tym samym najdłużej odbywającym się polskim konwentem poświęconym planszowym grom wojennym. Dodam, że do tej pory rekordzistą był nieistniejący już od kilku lat warszawski konwent Armagedon, który także miał 14 odbywających się corocznie edycji, ale ostatnią z wielu względów trudno uznać za kontynuację tego co było wcześniej. Jak czujesz się w roli organizatora najdłużej działającej imprezy planszówkowej w Polsce?

Tak naprawdę dopiero Ty, Ryszardzie, przy okazji tego wywiadu, uświadomiłeś mi, że to jedna z najdłużej działających imprez planszówkowych w Polsce, dlatego nie obcowałem za długo z tą świadomością, że jestem organizatorem tak „starej” imprezy. Na pewno czuję zadowolenie, że przez te 14 lat udawało się co roku powtarzać manewry w Muszynie, i że co roku do Muszyny przyjeżdżali gracze z całej Polski. Te 14 lat bardziej skłania do refleksji nad upływem czasu, zwłaszcza w tym roku, bo w nim kończę 40 lat. Dodatkowo, spoglądając na zdjęcia, chociażby z pierwszych czy drugich Manewrów, widać upływ czasu. Oczywiście te zdjęcia przywołują też bardzo miłe wspomnienia.

 

Rozgrywka w „Waterloo 1815” (wyd. Dragon) z dodatkiem Powrót Grouchy'ego (magazyn Dragon Hobby nr (5) 1/99) podczas I Galicyjskich Manewrów Strategów (2004 r.). Grają Marcin Baranowski, Piotr Główczyk, Daniel Nowicki i Paweł Główczyk

 


Jakie były początki imprezy? Jakie miałeś wówczas plany i na czym się wzorowałeś powołując do życia Galicyjskie Manewry Strategów?

Pierwsze Manewry zrodziły się w wyniku dyskusji na forum internetowym Taktyki i Strategii. Założyłem tam temat dotyczący możliwości wakacyjnego przyjazdu, właśnie do Muszyny, połączonego z graniem w planszowe gry strategiczne. Forumowicze podchwycili temat i zaczęliśmy się umawiać na konkretny termin. Gdy rezerwowałem noclegi, w ramach tych rezerwacji udało się w ośrodku „Mimoza” uzyskać nieodpłatnie małą salę gimnastyczną, którą zaadaptowaliśmy na nasze potrzeby. Do dyspozycji mieliśmy jeden stół do tenisa stołowego, jedną ławę i zwykły stół, ale to nam w zupełności wystarczyło. Jeszcze przed przyjazdem graczy do Muszyny na forum rozgorzała dyskusja nad nazwą naszego spotkania. Ostatecznie ustaliliśmy, że impreza będzie nosiła nazwę I Galicyjskie Manewry Strategów im. Pierwszej Kompanii Kadrowej – Muszyna 2004. Tak powstała nazwa i impreza. W związku z tym, że na żadnym konwencie, zwłaszcza planszówkowym, wcześniej nie byłem, nie mogłem się wzorować na żadnej z podobnych imprez. Co do planów, na pewno chciałem, żeby impreza trwała przez cały weekend, tak by można było swobodnie rozgrywać długie bitwy. Planów długoterminowych nie miałem, chociaż sama nazwa wskazywała, że skoro są to pierwsze Manewry, to myślimy o następnych, oraz że skoro zawarliśmy w nazwie Muszynę, to dopuszczałem możliwość organizacji Galicyjskich Manewrów Strategów w jakiejś innej galicyjskiej miejscowości.

Co z tego udało się zrealizować? Jak na przestrzeni lat układała się współpraca z władzami samorządowymi i innymi instytucjami, które wspierały imprezę?

Na pierwsze Manewry do Muszyny przyjechała liczna reprezentacja Koła Naukowego Historyków Studentów KUL-u. Tego samego roku w październiku na KUL-u została zorganizowana siostrzana impreza Lubelskie Manewry Strategów. Potem powstały jeszcze manewry w Przemyślu, ale to Muszyna zapoczątkowała trzydniowe konwenty planszowych gier strategicznych. Nazwy „Galicyjskie Manewry Strategów” żaden z organizatorów późniejszych konwentów nie użył, w związku z tym zarezerwowana jest tylko dla Muszyny. Galicyjskie Manewry Strategów od zawsze trwają przez cały weekend, niekiedy dłużej, i przez ten czas, w zasadzie swobodnie, można grać, nawet całą noc. Ten warunek, czyli dostępność sali bez ograniczeń czasowych, jest dla mnie jako organizatora kluczowy przy organizacji konwentu. Od wielu już lat współpracujemy w tym zakresie z Ochotniczą Strażą Pożarną w Muszynie, która posiada odpowiadający nam pod tym względem lokal, znajdujący się przy muszyńskim rynku. Muszyna jest małym miasteczkiem, w którym wszyscy wszystkich znają, co niewątpliwie ułatwia rozmowy i współpracę. Niemniej jednak, jeśli chodzi o wsparcie finansowe, musimy dostosować się do przepisów polskiego prawa. W tym celu z kolegami z Muszyny połączyliśmy trzy pasje: gry planszowe, ASG i rekonstrukcje historyczne, powołując do życia Stowarzyszenie Sportowo-Historyczne „Dragon”, które od 2012 roku ubiega się o wsparcie finansowe w ramach ogłaszanych przez władze samorządowe otwartych konkursów ofert z zakresu sportu czy edukacji.

 

Rozgrywka w systemie „Wrzesień 1939” (połączone gry wydawnictw Dragon oraz Taktyka i Strategia) podczas I Galicyjskich Manewrów Strategów (2004 r.). Grają członkowie Koła Naukowego Historyków Studentów KUL. Za stołem pierwszy od prawej prezes KNHS KUL Andrzej Gładysz, drugi od prawej Damian Markowski – wówczas jeszcze licealista

 

Pamiętam swój pobyt w Muszynie w 2005 roku na II Galicyjskich Manewrach Strategów. Rozegraliśmy wtedy, z udziałem Twojego brata, morderczą partię w „Waterloo 1815” wydawnictwa Dragon. Z krótką przerwą na obiad rozgrywka trwała około 20 godzin, ale pod koniec zupełnie nie czułem zmęczenia. Było to zasługą samej gry, jak i Waszych umiejętności jako graczy. Przyznam, że za sprawą tych wspomnień chętnie wróciłem do Muszyny po latach. Dziś takie dłuższe rozgrywki na konwentach rzadko się spotyka…

Pamiętam tamtą rozgrywkę i klęskę jaką poniosłem, ale mimo przegranej miło wspominam bitwę. To właśnie czar Manewrów. Nie dograliśmy do końca, tzn. nie doszliśmy do ostatniego etapu, ale z sytuacji jaka była na planszy jasno wynikało, że wojska francuskie nie wygrają już tej bitwy, stąd zaczęły się rokowania. Ostatecznie historyczne podanie ręki przypieczętowało akceptację warunków kapitulacji. Masz rację co do długości gier rozgrywanych na Manewrach. Tak długie partie należą już do rzadkości. Moim zdaniem dzieje się tak dlatego, że rynek gier planszowych bardzo się otworzył. Kiedyś mieliśmy do dyspozycji gry Dragona, Mirage Hobby, później TiS-u. Mechanika tych gier wymuszała długie rozgrywki. Z biegiem lat wzrastała dostępność zachodnich gier, które pojawiały się na manewrowych stołach, a wraz z nimi nowa jakość i nowe spojrzenie na konstrukcję i czas gry. Oprócz tematu, czyli wyboru konkretnej bitwy czy konfliktu, gracze zaczęli coraz bardziej stawiać na grywalność. Nie chodziło już tylko o to, żeby zagrać, ale żeby dobrze sobie pograć i skończyć grę po osiągnięciu warunków przewidzianych przez mechanikę gry do zakończenia rozgrywki i wyłonienia zwycięzcy. Jak to było na Galicyjskich Manewrach Strategów? Najpierw dominowały gry Dragona, Mirage Hobby i TiS-u, później gry autorskie, będące jeszcze w fazie testów – Manewry to zawsze świetna okazja do testowania, sprawdzania i dyskutowania, część tych gier została wydana, inne trafiły do szuflady i czekają na lepsze czasy – następnie anglojęzyczne wydania gier zachodnich, potem polskie wydania gier zachodnich i przyszedł w końcu czas na dobre polskie gry, także wydawane w obcych językach. Gdyby prześledzić dostępność i rozwój planszowych gier wojennych w Polsce pod kątem długości rozgrywek, to może nie w stosunku 1:1, ale w zbliżonym można przenieść to na Manewry, nie tylko Galicyjskie.

Obecnie na konwentach poświęconych planszówkom wojennym mamy coraz więcej gier, które jeszcze 10 lat temu uznalibyśmy za niemające nic wspólnego z naszym hobby. Swoją drogą przyznam, że dla mnie konwent bez gry na heksach jest niepełnowartościowy. Z drugiej strony, zdaję sobie sprawę z dylematów przed jakimi staje organizator imprezy, zwłaszcza odbywającej się w mniejszym mieście czy miejscowości. W sytuacji, gdy na miejscu chętnych do grania nie ma zbyt wielu, należy starać się przygarnąć każdego. Jak sobie z tym radzisz jako organizator?

Konwenty dają możliwość zapoznania się z wieloma tytułami. Każdy gracz przywozi swoje ulubione gry, albo gry, którymi chce się pochwalić, bo np. posiada jedyny dostępny egzemplarz gry w Polsce lub ma całą kolekcję gier. Tak czy inaczej, to świetna okazja do zobaczenia i zagrania w gry, o których tylko słyszeliśmy. W związku z tym, że to gracze przywożą gry, często jest tak, że na Manewrach „królują” te gry, które są aktualnie na topie, które są obecnie dostępne na rynku, ale przede wszystkim te, na które gracze umówią się jeszcze przed konwentem.

 

Uczestnicy I Galicyjskich Manewrów Strategów (2004 r.)

 

Gry na heksach to przede wszystkim gry dla dwóch osób, dlatego łatwiej umówić się na grę poza konwentem, można np. skorzystać z dostępnego modułu Vassala. Stereotypem jest myślenie, że taka gra zawsze trwa długo. Tak rzeczywiście było z pierwszymi dostępnymi w Polsce tytułami, teraz to się zmienia. Chyba zawsze gra wojenna będzie się kojarzyła z heksami, natomiast niekoniecznie tak musi być. Na Manewrach hitami stały się nieśmiertelne, na wskroś strategiczne gry card driven, takie jak „Here I Stand” czy „Sukcesorzy Aleksandra Wielkiego”. Do ich rozegrania potrzebnych jest wielu graczy, co stanowi dodatkowy walor takiej gry, ale i pewien kłopot, dlatego najczęściej goszczą na konwentach i w klubach. I chyba naszym wspólnym życzeniem jest, żeby te dwa rodzaje gier dominowały na Manewrach.

Osobiście zapoznałem się z wieloma tytułami po raz pierwszy właśnie na konwencie i wiele z tych gier później zakupiłem, czy to do swojej prywatnej kolekcji, czy dla stowarzyszenia, np. „Manoeuvre”, „The Devil’s Cauldron”, „Flying Colors”, „Wyścig do Renu” czy „Runewars”. Zapewne ten ostatni tytuł może mieścić się w kategorii „niemające nic wspólnego z naszym hobby”, ale dzięki temu, że gra pojawiła się najpierw na Manewrach, potem na regale naszego stowarzyszenia, trafiła na stół podczas jednego z organizowanych Spotkań z Grami, do którego zasiadły trzy osoby, dla których to była pierwsza gra strategiczna. Podobnie ma się rzecz z szybkimi grami, w które gracze grają w przerwach dużych kampanii. Taką grą jest choćby „Condottiere”. Spotkałem się z tą grą na manewrach w Lublinie, a dokładniej rzecz biorąc, już po manewrach, w mieszkaniu Andrzeja Gładysza (Gładkiego), wówczas organizatora Lubelskich Manewrów Strategów. Czekając na nocny autobus udało nam się zagrać właśnie w „Condottiere” i „Wysokie napięcie”. Dlatego nie mam nic przeciwko temu, żeby obok „poważnych” gier historycznych na Manewrach pojawiały się eurogry. Mam tę świadomość, że impreza jest otwarta i przychodzą na nią także ludzie z ulicy, z dziećmi, dlatego warto mieć w zanadrzu grę, której zasady tłumaczy się w pięć minut, a rozgrywka trwa pół godziny.

 

Rozgrywka w „Waterloo 1815” (wyd. Dragon) podczas II Galicyjskich Manewrów Strategów (2005 r.). Grają Paweł Główczyk, Piotr Główczyk i Ryszard Kita (niewidoczny na ilustracji). Grafika powstała na podstawie jednego ze zdjęć z imprezy

 

Jednym z charakterystycznych punktów programu imprezy był przez lata Otwarty Turniej „Wings of War”. Jak zrodził się pomysł turnieju i dlaczego zdecydowałeś się wybrać właśnie „Wings of War” jako grę turniejową?

W 2008 roku, w ramach współpracy z samorządem gminnym, udało się pozyskać środki na nagrody i od razu zrodził się pomysł na konkurs. Był to wówczas konkurs wiedzy o Muszynie i polskich grach strategicznych. Pytania dotyczące Muszyny ułożyłem osobiście, a dotyczące gier ułożył Sławomir Łukasik. Przy układaniu pytań rozgorzała gorąca dyskusja. Udało się pozyskać dodatkową nagrodę. Wtedy wspólnie ustaliliśmy, żeby przekazać ją komuś kto wygra turniej związany z jakąś grą. Chcieliśmy żeby gra była jak najmniej losowa i w toku dalszej dyskusji wybraliśmy „Wings of War”, zmieniając nieco zasady dotyczące otrzymywanych obrażeń. Konkurs wiedzy się odbył i turniej „Wings of War” także, ale to turniej okazał się strzałem w dziesiątkę, wzbudził bardzo duże zainteresowanie, zarówno wśród jego uczestników, jak i kibiców. Nie pozostawało nic innego jak powtórzyć turniej w następnym roku. W turnieju często wysokie miejsca zajmowali debiutanci. To oczywiście zasługa samej gry, której zasady są bardzo proste, można się ich szybko nauczyć i w niedługim czasie utrwalić podczas szybkiej, testowej rozgrywki. Każdy może w nią zagrać, dlatego na pewno sprawdziła się jako gra turniejowa.

W sumie odbyło się do tej pory 10 edycji Otwartego Turnieju „Wings of War”. Z tego co wspominałeś podczas ostatniej edycji imprezy, nie zamierzasz kontynuować przedsięwzięcia. Jakie są przyczyny rezygnacji z turnieju?

Wszystko ma swój początek i koniec. Dziesięć edycji to okrągła liczba, ładnie wygląda i na niej można zakończyć. Wyłoniliśmy Asa Dekady „Wings of War”, którym został Michał Wasil (Leliwa). Sam turniej zajmował dużo czasu podczas drugiego dnia Manewrów, a to w tym dniu zazwyczaj toczą się najcięższe boje na planszach. Uczestnicy byli niejako zmuszani do odrywania się od rozstawionych gier, żeby walczyć w turnieju. To była konkurencja dla innych gier i to jest główna przyczyna rezygnacji z turnieju. Gdy ogłosiłem po zakończeniu tegorocznego turnieju, że to był już ostatni, podniosły się głosy, że szkoda i żeby zrobić turniej za rok. Dlatego myślę, że nic nie jest jeszcze przesądzone.

 

Rozgrywka w prototypową wersję gry „Pomarańczowa rewolucja” podczas III Galicyjskich Manewrów Strategów (2006 r.). Grają Krzysztof Dytczak (autor gry) i Joanna Ziomek. Jeszcze w tym samym roku gra została wydana przez autora własnym sumptem, ale w bardzo niewielkim nakładzie, który rozszedł się głównie wśród jego znajomych. Po latach, gdy na Ukrainie doszło do kolejnego przewrotu, w oparciu o mechanizmy Pomarańczowej rewolucjiw 2014 r. powstała gra „Majdan” (wyd. Symeo Games)

 

Wrócę jeszcze do swoich wspomnień z II Galicyjskich Manewrów Strategów w 2005 roku. Po tym jak dotarłem do Krakowa, pamiętam swoją „heroiczną” podróż do Muszyny pociągiem osobowym, w upalne lato, przy temperaturze około 30 stopni. Trwała dłużej niż z Warszawy do Krakowa... Leniwie wlokące się stare wagoniki, zatrzymujące się na każdej małej stacyjce, lokomotywę powolutku pokonującą kolejne wzniesienia. W pewnym momencie jacyś początkujący punck’owi muzycy zaczęli po sąsiedzku grać na gitarze… Jak się jest trochę młodszym i jedzie się po raz pierwszy – fajna przygoda. Jednak nigdy więcej tego nie powtórzyłem. Odtąd na ostatnim odcinku korzystałem zwykle z autobusów. Dziś standardem stają się klimatyzowane pociągi, autobusy, nie wspominając o samochodach, ale jedno w zasadzie się nie zmieniło: dla części uczestników imprezy wyprawa do Muszyny to nadal wielogodzinna podróż. Dlaczego warto pokonać te kilkaset kilometrów i przyjechać na Manewry?

Myślę, że na Manewry do Muszyny przyjeżdżają nieprzypadkowi gracze, bo któż by chciał pokonać kilkaset kilometrów, ot tak, żeby tylko się przejechać? To powoduje, że klimat Galicyjskich Manewrów Strategów jest wyjątkowy, bo stworzony właśnie przez tych graczy. Poza tym sama Muszyna, będąca górskim, przygranicznym uzdrowiskiem jest na tyle atrakcyjna, że warto ją odwiedzić niezależnie od samych Manewrów. Konwent odbywa się w wakacje, a więc w czasie urlopów. Zawsze można przyjazd połączyć z pobytem urlopowym. Atrakcji na pewno nie zabraknie: szlaki piesze, konne, rowerowe, spływ Popradem, ogrody biblijne i sensoryczne, ruiny zamku, barokowo-renesansowy kościół obronny, baseny, drewniane cerkwie greckokatolickie, rezerwaty przyrody, wody mineralne, wyjątkowy mikroklimat, bogaty kalendarz imprez kulturalnych i duch historii tzw. Państwa Muszyńskiego. W czternastoletniej historii Manewrów, często bywało, że oficjalne trzy dni Manewrów kończyły się, ale jeszcze przez tydzień w pensjonatach wieczorami gracze toczyli boje na planszach, a w ciągu dnia zwiedzali Muszynę i okolice, włącznie z pobliską Słowacją.

Podczas tych 14 lat organizowania Manewrów przydarzyły się z pewnością rozgrywki i sytuacje, które z tych czy innych powodów szczególnie utkwiły Ci w pamięci…

Jakoś dziwnym trafem mało pamiętamy zwycięstwa, natomiast porażki głęboko zapadają w pamięć. To znaczy pamiętamy, że wygraliśmy taką a taką grę, z takim a takim przeciwnikiem, ale szczegóły zwycięstwa umykają. Przegrane partie częściej analizujemy, starając się zrozumieć, co bezpośrednio przyczyniło się do klęski. Jak sięgam pamięcią wstecz, główne przyczyny porażek, które były moim udziałem, to zmiana w trakcie bitwy założonego i już wykonywanego planu. Mowa tu o tych przyczynach porażek, które są zależne od nas, a nie wynikają np. z dużej dysproporcji sił obu stron czy wadliwych założeń scenariusza. Najszybsza porażka, jaką poniosłem, to przedostatnia gra z Tobą, Ryszardzie, na tegorocznych Manewrach, w jeden ze scenariuszy do „Flying Colors”. Próba szybkiego podpłynięcia do przeciwnika, który stoi na kotwicach, otrzymanie obrażeń, utrata jedynego admirała i wycofanie całej floty z bitwy.

 

IV OtwartyTurniej „Wings of War” podczas VIII Galicyjskich Manewrów Strategów (2011 r.). W tamtych czasach ruchy samolotów zapisywano jeszcze na kartkach, co dodatkowo utrudniało planowanie manewrów i wymagało dużej wyobraźni przestrzennej. Za stołem wierny fan zespołu „Sabaton” Jacek Czapla

 

A najdłuższa seria zwycięstw? To wygrana z Leliwą, po kolei w: „Hannibal: Rome vs Carthage”, „Washington’s War”, trzy scenariusze do „Conflict of Heroes: Price of Honour”. Dopiero przegrany scenariusz we „Flying Colors” przerwał serię zwycięstw. I tak, kilka dni po Manewrach, mogliśmy definitywnie zakończyć rozgrywki. W „Hannibala” grałem Kartaginą. W ostatnim etapie wygrywałem na punkty, ale to Rzym oblegał moją stolicę i tak naprawdę o zwycięstwie zadecydował ostatni rzut Michała, jak się okazało szczęśliwy dla mnie.

Wojna psychologiczna toczona od samego początku, już przy rozkładaniu gry i tłumaczeniu zasad – to obserwuję od lat i sam nieraz uprawiam. Kolega tłumaczy zasady nowej dla mnie gry „Wyścig do Renu”, a ja na końcu mówię – zapomniałeś dodać, że i tak ja wygram. Zraziłem do siebie dwóch przeciwników, przynajmniej jeden patrzył na mnie spode łba całą rozgrywkę. Obaj grali utrudniając mi jak tylko było to możliwe, bo mi się należało za moją butę, a na końcu... wygrałem! Szczęście debiutanta? W tym miejscu gorąco pozdrawiam Igora.

Zaklęcia na odwrocie żółtych żetonów umocnień do systemu „Wrzesień 1939” (W-39). Mój brat Piotr z Andrzejem Gładyszem grali przeciwko kolegom z KUL-u i wypisywali ołówkiem na odwrocie tych żetonów życzenia: „Motyl wygra”, „Łukasz przegra”, „Gładki zdobędzie”, „Roman Giertych (sąsiad)” (sic?), i podkładali te żetony pod umocnione wojska, a przeciwnik dostawał białej gorączki, zwłaszcza kiedy życzenia się spełniały.

Nieraz obserwowałem czarowanie kostek. Dublet szóstek? Proszę bardzo! Dmuchnięcie w kości, ułożenie na ręce dwóch szóstek, mocne potrząsanie zamkniętymi dłońmi, a na końcu podkręcony rzut i … dwie szóstki! Przypadek?

 

Zwycięzcy V Otwartego Turnieju „Wings of War” podczas IX Galicyjskich Manewrów Strategów (2012 r.): Michał Stępowski (I miejsce), Andrzej Krokowski (III miejsce), Piotr Płaszczyński (IV miejsce), Przemysław Mielecki (II miejsce)

 

Chociaż nie zawsze dublet szóstek to dobra rzecz. Na manewrach, tym razem w Lublinie, montowałem natarcie na fort w systemie „Bitwy II wojny światowej 1943-1945” (B-35). Adwersarzem byłeś znowu Ty. Wszystkie rezultaty oprócz 12 dawały mi zwycięstwo. Wypadły dwie szóstki. W następnym etapie, z najwyższym trudem zmontowałem ponownie natarcie na ten sam fort. Rzucam bez strachu, a tu znowu wypadły dwie szóstki. Jedyny rezultat, który przynosił mi porażkę. Bywa. Ale i tak uważam, że suma szczęścia i pecha gdzieś na dystansie się wyrównuje.

Faktycznie, szczęście mi wtedy sprzyjało, ale nie pamiętam tej ostatniej sytuacji tak dobrze jak Ty, Pawle, i prawie w ogóle nie pamiętam reszty rozgrywki, co by potwierdzało to co powiedziałeś o tym, że porażki lepiej zostają w pamięci niż sukcesy. Z drugiej strony, całkowicie nie zatarło się to w mojej pamięci. Zapewne dzięki temu, że dwa takie rzuty pod rząd rzadko się zdarzają… Przejdę do kolejnego pytania, przygotowanego przez graczy bitewnych, którzy byli ciekawi czy mogą pojawić się na Manewrach ze swoimi figurkami. Czy myślałeś kiedyś o rozszerzeniu imprezy o gry bitewne?

Kiedyś z kolegami z Muszyny próbowaliśmy swoich sił w „Warzone”. Osobiście uważam połączenie taktyki z modelarstwem (malowanie figurek) i kolekcjonerstwem – to oferują nam systemy bitewne – za bardzo wymagające hobby i to pod każdym względem. Dlatego bardzo wcześnie zrezygnowałem z systemów bitewnych, co nie znaczy, że sentyment nie pozostał. Nie mam w planach podejmowania jakichś starań w kierunku rozszerzenia Manewrów o gry bitewne, ale jak już wspominałem, konwent tworzą gracze, którzy przyjeżdżają na imprezę. Dlatego serdecznie zapraszam do Muszyny graczy bitewnych. Myślę, że bez problemu podzielimy się stołami.

 

Zamek w Starej Lubowni na Słowacji (około 30 km od Muszyny), jedno z ulubionych miejsc wycieczek uczestników konwentu

 

Co jest Twoim zdaniem najważniejsze przy organizacji tego rodzaju konwentów jak Galicyjskie Manewry Strategów?

Przede wszystkim miejsce do grania. W miarę duża sala z wygodnymi stołami, dostępna 24 godziny na dobę przez 3 dni. Klimat tworzą gracze, dlatego dobrze jest wcześnie zadbać o to by znany był termin imprezy, żeby każdy mógł sobie z bezpiecznym wyprzedzeniem zaplanować przyjazd. Reszta to tak naprawdę mniej istotne szczegóły. Poza tym myślę, że Manewry przetrwały tak długo, bo nigdy nie były imprezą komercyjną.

Czy konwenty są dziś głównie spotkaniami starych znajomych, czy mogą również przyczyniać się do popularyzacji gier wojennych? Od czego to zależy?

Na pewno przez te wszystkie lata dzięki konwentom zawiązało się wiele znajomości. Są gracze, którzy regularnie bywają na takich imprezach i mimo że spotykają się kilka razy do roku lub raz w roku, to są ze sobą zżyci. Pod tym względem Manewry można postrzegać jako spotkania starych znajomych. Oczywiście pojawiają się na konwentach nowe twarze, ale uważam, że na ogół nie są to twarze przypadkowe. Zwykle nowe osoby przyjeżdżają na konwent, bo miały już wcześniej kontakt z grami, przy czym niekoniecznie z grami wojennymi. W takim przypadku, jeśli wcześniej nie znały gier wojennych, to tak, konwenty przyczyniają się do popularyzacji takich gier. Ja jednak uważam, że popularyzację należy zacząć gdzie indziej, dużo wcześniej i na mniejszych imprezach. Miałem kiedyś pomysł, żeby w ramach Manewrów zrobić dużą imprezę ogólnoplanszówkową, z grami familijnymi itp., ale dla konwentu chyba dobrze się stało, że z tych planów zrezygnowałem. Zamiast tego, w ramach działalności statutowej naszego stowarzyszenia, organizujemy w Muszynie, w miarę regularnie (przynajmniej raz na kwartał), otwarte Spotkania z Grami. Na te spotkania przychodzą rodziny z dziećmi, młodzież, nawet osoby starsze. Gramy na nich w przeróżne gry planszowe, ale zawsze dostępne są gry wojenne, po które, w miarę poznawania nowych gier, te osoby sięgają. Myślę, że to jest dobra droga do popularyzacji naszego hobby. Wielu młodych mieszkańców Muszyny, którzy przychodzą na te spotkania, pojawia się też na Manewrach. Natomiast duże konwenty historyczne, na których dostępnych jest wiele atrakcji, takich jak gry planszowe, bitewne, fabularne, rekonstrukcje, prelekcje itp. z pewnością przyczyniają się do popularyzacji wszystkich tych aktywności, a więc i gier wojennych. Wydaje mi się, że przypominają one trochę targi.

 

Michał Matusiewicz tłumaczy zasady gry „Virgin Queen” (wyd. GMT Games) przed rozgrywką podczas XIII Galicyjskich Manewrów Strategów (2016 r.)

 

Poza tym, że jesteś organizatorem, jesteś też oczywiście graczem, z bogatym doświadczeniem. Nie mogę więc nie zapytać o Twoje ulubione planszówki wojenne. W jakie gry wojenne lubisz grać i co w grach cenisz sobie najbardziej?

Pierwszymi moimi grami były „Ardeny 1944”, „Grunwald 1410” i „Wiedeń 1683” wydawnictwa Dragon, kupione w jednym czasie w którymś z warszawskich sklepów przy okazji wizyty w stolicy. Mniej więcej w tym samym czasie zetknąłem się z systemem B-35, wydawanym w „odcinkach” na łamach czasopisma „Magia i Miecz”. Potem były jeszcze dwie ważne dla mnie gry: „Kircholm 1605” i „Waterloo 1815”, również wydawnictwa Dragon. Te wszystkie gry, siłą rzeczy, uformowały mnie jako gracza i zawsze będę do nich wracał, przynajmniej we wspomnieniach. II wojna światowa to okres, do którego najczęściej sięgam. Zdecydowanie preferuję tutaj gry na szczeblu taktycznym, czyli jedna gra – jedna bitwa. Wyjątek stanowi operacja „Market-Garden”, która mimo upływu lat nadal wydaje mi się niezwykle interesująca. Wielokrotnie rozegrałem ją w wydaniu Dragona, a potem TiS-u, ale najbardziej cenię grę, która jest w skali kompanii, na 9 dużych mapach, z niezliczoną ilością szczegółów, z mechaniką, która od samego początku przypadła mi do gustu, która właśnie w skali taktycznej pozwala rozegrać całą operację. To tak naprawdę dwie gry wydane przez Multi-Man Publishing w ramach serii „Grand Tactical Series” (GTS): „The Devil’s Cauldron” i „Where Eagles Dare”.

W historycznej grze symulacyjnej najbardziej cenię sobie realizm, jak najwierniejsze odwzorowanie pola bitwy, najlepiej gdy jest połączone ze spójną mechaniką, z dużą interakcją i małą ilością rzutów. Może się wydawać, że to za duże wymagania jak dla jednego tytułu i że nie można mieć wszystkiego, ale myślę, że gry z serii GTS pod tym względem są najbliższe ideału. Mają oczywiście poważny minus, którym jest potrzeba dużej ilości miejsca i czasu. To typowe gry na duży konwent. Może kiedyś uda mi się rozegrać całą operację „Market-Garden” na Manewrach.

Bardzo lubię też gry z serii „Conflict of Heroes”, zwłaszcza od kiedy wyszedł dodatek „Price of Honour”. To przyjemna gra taktyczna, na szczeblu drużyny, bardzo szybka, z pełną interakcją, prostą mechaniką, i co najważniejsze młodzi chłopcy z naszego stowarzyszenia lubią w nią grać.

 

Michał Wasil odbiera od organizatora imprezy Pawła Główczyka tytuł Asa Dekady „Wings of War” na zakończenie X Otwartego Turnieju Wings of War” podczas XIV Galicyjskich Manewrów Strategów (2017 r.)

 

Cenię sobie gry, które dają dużo zadowolenia z samego grania, bez względu na końcowy wynik, którym jest albo zwycięstwo albo porażka. Gry, w których nie potykamy się co krok o nieudolną mechanikę i które niosą ze sobą ducha historii, a nie są tylko lepiej lub gorzej obudowaną kombinacją algorytmów.

Bliski jest mi też XIX wiek z okresem wojen napoleońskich. Tutaj dużo sobie obiecuję po „Ostrołęce 26 maja 1831”, którą jeszcze muszę lepiej poznać. Lubię również pograć we „Flying Colors” i z marynistycznych gier, póki co, stawiam ją na pierwszym miejscu. Nie mam na razie ulubionej gry z okresu starożytności i I wojny światowej, za mało rozgrywek za mną. W przypadku XVI-XVII wieku uważam, że jest duża dziura do zagospodarowania, zwłaszcza jeśli chodzi o historię polskiego oręża. Średniowiecze to póki co „Infidel”. A bezsprzecznie najlepszą strategiczną grą planszową są szachy.

Jakie są plany na przyszłość? Za rok XV edycja Manewrów, a więc okrągła rocznica. To zawsze skłania do podsumowań i przemyśleń.

Podstawowy plan to zorganizować XV Galicyjskie Manewry Strategów. Będę chciał już w okolicach marca ustalić datę konwentu, bo słyszałem prośby, żeby wcześniej ją podawać. Co więcej? Tak naprawdę nigdy nie myślałem o kolejnej edycji. Zawsze jest trochę czasu. Na pewno jakieś pomysły przyjdą do głowy.

Mam nadzieję, że XV edycja imprezy wypadnie co najmniej równie udanie jak dotychczasowe. Dziękuję za rozmowę.

Również mam taką nadzieję. Dziękuję za zaproszenie do rozmowy i do zobaczenia za rok w Muszynie.

Dyskusja o wywiadzie na FORUM STRATEGIE

Autorzy: Paweł Główczyk, Ryszard Kita
Zdjęcia: z zasobów uczestników Galicyjskich Manewrów Strategów

Opublikowano 02.09.2017 r.

Poprawiony: poniedziałek, 04 września 2017 21:12