Chwała Prus. Rossbach i Lutynia 1757

  • PDF
  • Drukuj
  • Email

Informacje o książce
Autor: Christopher Duffy
Tłumaczenie: Miłosz Młynarz
Wydawca: Napoleon V
Rok wydania: 2015
Stron: 247
Wymiary: 24,1 x 17 x 2 cm
Oprawa: twarda
ISBN: 978-83-7889-251-9

Recenzja
Są takie bitwy w historii wojen, które z różnych względów zyskały miano modelowych, klasycznych. Najczęściej wiąże się to z optymalnym, wzorcowym zastosowaniem w nich jakiegoś szyku, manewru czy posunięcia, które przesądziło o zwycięstwie. Jednocześnie często to decydujące działanie ukazuje jakieś prawidła wojenne w sposób wyjątkowo jasny, klarowny, czasami wręcz uderzający. Najbardziej znaną bitwą kwalifikującą się do tej zaszczytnej kategorii są oczywiście Kanny (216 p.n.e.). Dla epoki nowożytnej, zwłaszcza dla XVIII wieku, bitwą taką jest bez wątpienia Lutynia (1757), gdzie armia pruska dowodzona przez Fryderyka Wielkiego pokonała armię austriacką pod komendą ks. Karola Lotaryńskiego i feldmarszałka Leopolda von Dauna. Tym, co miało zadecydować o zwycięstwie, był słynny szyk skośny przyjęty przez armię pruską, połączony z oskrzydleniem Austriaków z ich lewej, południowej flanki. Bitwa pod Rossbach do grona najważniejszych, przełomowych, znaczących dla rozwoju sztuki wojennej raczej nie weszła. Utrwaliła się w pamięci głównie z powodów ideologicznych, jako zwycięstwo „prawdziwych” Niemców (czyli Prusaków) nad Francuzami.

Książka Christophera Duffy’ego przedstawia dwie bitwy: pod Rossbach (5.XI.1757) i pod Lutynią (5.XII.1757), stoczone pod koniec 1757 roku, i okres działań wojennych pomiędzy nimi. Omówiono również okres bezpośrednio je poprzedzający oraz to co nastąpiło po nich (głównie na Śląsku). Zwycięstwa Fryderyka pod Rossbach i Lutynią zostały z czasem przez Prusaków zmitologizowane. Istniejącemu nie tak dawno jako w pełni samodzielny byt państwu pruskiemu potrzebne było coś co scementuje „naród pruski”. Stąd określenie „Chwała Prus” i późniejsze podtrzymywanie legendy.

Zmagania Prus wspieranych przez Wielką Brytanię i Hanower z koalicją Austrii, Francji, Rosji i Szwecji (wraz ze wspierającymi Austrię państwami Rzeszy) nie były jednak wyłącznie pasmem sukcesów Fryderyka Wielkiego. Autor stara się to pokazać przedstawiając co działo się między obiema tytułowymi bitwami i sukcesy Austriaków, odniesione do czasu aż na Śląsku pojawił się nadciągający spod Rossbach Fryderyk. Bez tego opowieść łatwo mogłaby stać się jednostronna. I tak w książce (rozdział „Austria triumfuje”) opisano kolejno:
- bitwę pod Moys (7.IX.1757), zwycięską dla Austriaków, gdzie zginął jeden z wybitnych dowódców pruskich – gen. Winterfeldt,
- odwrót armii pruskiej pod dowództwem feldmarszałka Beverna w stronę Wrocławia,
- rajd gen. Andreasa von Hadicka na Berlin (11-23.X.1757), w wyniku którego Austriacy na krótko opanowali miasto 16.X.1757,
- oblężenie i szturm Świdnicy (26.X.1757-12.XI.1757),
- „zapomnianą” bitwę pod Wrocławiem (22.XI.1757), zwycięską dla Austriaków, i późniejsze opanowanie miasta.
Szczególnie interesujący jest opis rajdu Hadicka na Berlin, stanowiący dotkliwy policzek dla Fryderyka (Austriacy nałożyli na miasto kontrybucję po czym po odebraniu jej wycofali się na południe). Wszystkie te wydarzenia pokazują, że Austria wraz z koalicjantami posiadała w tym okresie wojny wyraźną przewagę, nie tylko wynikającą z ogólnego bilansu sił, ale że miała także w swoich szeregach wybitnych dowódców.

Na początku książki, jak to często bywa, autor zawarł niezbyt długi rozdział poświęcony charakterystyce armii walczących pod Rossbach, ich organizacji, systemowi rekrutacyjnemu i innym sprawom z tym związanym (rozdział „Armie spod Rossbach”). Obejmuje on także Austriaków, ponieważ ich niewielki kontyngent również wziął udział w tej bitwie. Choć cała książka liczy sobie 247 stron, a więc nie tak wiele, obie tytułowe bitwy opisano dość szeroko. Pierwsza z bitew, pod Rossbach, miała istotne znaczenie strategiczne i propagandowe, natomiast taktycznie – jak podkreśla sam autor – przeciwnik króla Prus nie był równorzędny wobec jego armii (trochę nadrabiał to większą liczebnością). Zwłaszcza armia Rzeszy, stanowiąca zbieraninę oddziałów z różnych księstw i władztw feudalnych, nominalnie podległych cesarzowi, bardziej stanowiła pospolite ruszenie niż nowoczesną armię tamtych czasów. Drugim członem armii koalicyjnej pod Rossbach byli Francuzi, pod dowództwem ks. Soubise. W oparciu o krótki wycinek kampanii poprzedzający bitwę pokazano jak wyglądało prowadzenie wojny w tamtych czasach i na ile było ono zależne od woli politycznej, logistyki i czynników jedynie pośrednio związanych ze sferą militarną.

Autor opisał manewry przed bitwą, ogólną sytuację, zamierzenia stron, stosunki panujące w dowództwie i wewnątrz armii koalicyjnej. Podobnie jak w przypadku Lutyni, na co później sam zwraca uwagę, w tamtej epoce najczęściej takie spotkania kończyły się na niczym. Trochę pomanewrowano, postrzelano do siebie z dużych odległości, doszło do jakichś potyczek kawalerii, i na koniec obie strony rozchodziły się. Dowódcy stosunkowo rzadko mówili „sprawdzam” i przechodzili do właściwego starcia. Poprzez miejscami leniwie rozwijający się opis sytuacji przedbitewnej autorowi udało się to na swój sposób dobrze oddać. Jeśli chodzi o samą bitwę, Christopher Duffy dużo i dość szczegółowo pisze o działaniach kawalerii, a także artylerii obu stron. To czego nie znalazłem, to jakiejś wyraźniejszej odpowiedzi na pytanie, jakie samo się narzuca, patrząc na to w jaki sposób armia koalicyjna nacierała na pozycje pruskie – dlaczego koalicjanci nie próbowali się rozwinąć, gdy byli jeszcze dość daleko od przeciwnika? Skąd wziął się pomysł na nacieranie w kolumnie, jak to ujął jeden z obserwatorów, na wzór Folarda? Co do tego ostatniego, autor, idąc za źródłami, wspomina relacje oficerów francuskich, że ugrupowali się tak z konieczności. Być może nie ma żadnej sensownej odpowiedzi, albo jedyna sensowna odpowiedź, jaka jest to, że „tak wyszło”... które to stwierdzenie, patrząc na poziom dowódców koalicyjnych, ma pewną rację bytu… ale trochę mi zabrakło naświetlenia tego wyraźniej przez autora. Z drugiej strony… można na to spojrzeć i w ten sposób, że autor pozostawia czytelnikowi wyciąganie wniosków samodzielnie. Gdy czytam opis tej bitwy, to poza mającą miejsce na początku walką kawalerii, jawi mi się ona jako bitwa bez właściwego starcia. Jakiś niezdecydowany atak koalicjantów w kolumnie, sformowanej z konieczności, zatrzymany ogniem pruskiej piechoty i artylerii ustawionej prostopadle do kierunku marszu przeciwnika, po którym wkrótce wybuchła panika i znaczna część armii koalicyjnej uciekła, a reszta zachowując porządek starała się wycofać. Taki obraz wyłania się z książki. Resztę musimy spróbować sobie dopowiedzieć sami.

W przypadku bitwy pod Lutynią mamy nieco więcej szczegółów. Szczęśliwie autor nie zamęcza nas zbyt mocno tym jak armia pruska rozwijała się i manewrowała, ostatecznie formując szyk skośny by oskrzydlić Austriaków. Na s. 180 znajdziemy znamienne zdanie, że „czytelnik nie musi tego wszystkiego rozumieć i może czuć się równie zagubiony co austriaccy obserwatorzy”. Jednakże na s. 182 możemy poczytać o zwartych kolumnach, w jakich maszerowali Prusacy, co miało zmylić Austriaków co do zamiaru stoczenia bitwy. Sporo uwagi poświęcono wstępnemu starciu kawalerii w okolicach Źródeł, a także walkom na prawym skrzydle, czy temu ile Austriacy widzieli ze swoich pozycji. Zgodnie z tym co można przeczytać w ogólniejszych opracowaniach poświęconych sztuce wojennej, słynny manewr wyjścia na austriackie lewe skrzydło i natarcia szykiem skośnym miał się udać dzięki temu, że między pozycjami obu armii rozciągały się wzgórza i Austriacy nie widzieli manewru armii pruskiej w zasadzie do czasu aż zostali zaatakowani. Autor wskazuje kilka relacji, według których było inaczej. Z drugiej strony, mamy studium niemieckiego sztabu generalnego z okresu przed I wojną światową, dowodzące, że armia pruska była podczas manewru niewidoczna (wykonano praktyczne doświadczenie, polegające na tym, że jeździec z białą chorągwią przejechał wzdłuż trasy marszu armii pruskiej, a oficerowie niemieccy obserwowali czy będzie go widać z pozycji zajmowanych w czasie bitwy przez Austriaków). Innym ważnym dla oceny przebiegu bitwy elementem jest postawa dowódcy austriackiego lewego skrzydła, którego decyzje odnośnie sposobu uformowania oddziałów i późniejsze zachowanie odegrały istotną rolę, ułatwiając Prusakom zadanie.

Przyznam jednak, że jeśli chodzi o mój obraz bitwy, wyłaniający się z książki, to odbiega on od powszechnych wyobrażeń o niej, skupiających się na szyku skośnym i wspaniałym manewrze Fryderyka. Moim zdaniem, patrząc na całokształt, wygląda na to, że decydujące było starcie kawalerii pruskiego lewego skrzydła i austriackiego prawego skrzydła w końcowej fazie bitwy. Prusakom udało się zaskoczyć Austriaków i zaatakować ich z flanki w chwili, gdy szarżowali na piechotę pruskiego centrum, usiłując przyjść z pomocą reszcie swojej armii i tym atakiem odwrócić losy bitwy. Prawie cała prawoskrzydłowa kawaleria austriacka pod dowództwem pechowego gen. Lucchesiego, który – jak pisze autor – nie rozpoznał pozycji zajmowanych przez pruską kawalerię lewego skrzydła i dał się zaskoczyć, została rozgromiona. Jej część zapewne zepchnięto w wyniku walki na austriacką piechotę, broniącą się jeszcze z powodzeniem, co oczywiście zmieszało jej szyki i musiało załamać ją moralnie. Przy okazji można się zastanawiać, czego z rana bał się Lucchesi, że ściągnął na swoje skrzydło większość austriackich odwodów, skoro – według autora – nie widział kawalerii pruskiego lewego skrzydła? Wracając do końcowej fazy bitwy, autor pokazuje, że po tym jak zostało rozbite lewe skrzydło austriackie, reszta armii zdołała się jednak przeformować, tworząc linię równoległą do zachodzących ją Prusaków. Relacje z tej części bitwy, stanowiące jedne z ciekawszych fragmentów książki, mówią o tym, że oddziały austriackie nie załamały się i nadal walczyły. Rodzi się więc zasadnicze pytanie, czy gdyby nie klęska austriackiej kawalerii prawego skrzydła, sam szyk skośny i oskrzydlenie armii austriackiej od południa wystarczyłyby do decydującego zwycięstwa? Mam na myśli efekt, jaki ostatecznie nastąpił… nietrudno go sobie wyobrazić. Czy o zwycięstwie co najmniej w równym stopniu co głęboko przemyślany manewr Fryderyka nie zdecydowała przytomna reakcja dowódcy lewoskrzydłowej kawalerii pruskiej, gen. Driesena? Nie da się oczywiście ich wkładu w bitwę porównać, choćby z tego powodu, że każdy dowodził na innym szczeblu. Fryderyk był głównodowodzącym, plan bitwy jako całość był jego dziełem i to on ustawił na skrzydle kawalerię Driesena tak, że była niewidoczna dla przeciwnika. Driesen był tylko wykonawcą, którego zasługą było tylko (i aż) podjęcie samodzielnie właściwego działania w odpowiednim momencie bitwy. Jednak jeśli pominiemy wątek personalny i spojrzymy na samo uderzenie kawalerii pruskiej, porównując je z innymi epizodami bitwy, jawi się ono jako cios rozstrzygający.

Książka jest bardzo dobrze napisana i gdy zaczniemy czytać, ciężko się oderwać. Nie brakuje w niej anegdot i różnych historyjek, głównie takich, które budowały później legendę „starego Fryca”. Przy opisie bitwy pod Rossbach znajdziemy więc wzmiankę o tym, jak to w pewnym momencie Fryderyk, zamyślony, znalazł się nieopatrznie pomiędzy linią własnych żołnierzy a oddziałem przeciwnika i jak żołnierze zaczęli do niego krzyczeć, żeby się przesunął, bo zaraz zamierzają otworzyć ogień. Z kolei pod Lutynią jeden z wyższych dowódców pruskich, książę Maurycy, patrząc na zegarek miał przypomnieć poświęcającemu się drobiazgowym przygotowaniom do ataku królowi, że dochodzi godz. 14 i na odniesienie zwycięstwa do końca dnia zostało mu już niewiele czasu (była zima).

Jak w przypadku wielu bitew, warto przyjrzeć się danym i kalkulacjom dotyczącym strat. W odniesieniu do Lutyni, straty podane przez autora wydają się wysokie (Austriacy i sprzymierzeńcy – około 23 190, Prusacy – 6 382). Z kolei jak się spojrzy na straty całej armii austriackiej (wraz ze sprzymierzeńcami), mamy wyraźną dysproporcję między liczbą rannych (23,05% strat) i zabitych (9,95% strat) a zaginionych i wziętych do niewoli (66,99% strat). Tyle przynajmniej oficjalne dane. Bardzo ciekawe w tym kontekście są informacje o tym jak to po bitwie żołnierze obu wrogich armii wspólnie gromadzili się przy ogniskach, starając się przetrwać zimną noc. Jeszcze inna, dla mnie niezwykle interesująca uwaga autora, dotyczy morale oddziałów i armii tego okresu. Wskazuje on, że po poniesionych klęskach trzeba było pewnej ilości czasu, żeby oddziały odzyskały „równowagę psychiczną”. Ma to duże znaczenie dla oceny skutków bitew i możliwości stawienia czoła przeciwnikowi po raz kolejny przez te same oddziały niedługo po przegranej. Pozwala to nieco inaczej spojrzeć na zwycięstwa, które nie okazały się decydującymi, w tym sensie, że przeciwnikowi nie zadano wielkich strat w zabitych i rannych. Nasuwa się jednak refleksja, jak to było, że pół wieku później, przy założeniu, że ta prawidłowość nadal występowała, Napoleon nie zadowalał się takimi, jego zdaniem połowicznymi, zwycięstwami.

Parę słów o stronie edytorskiej, tłumaczeniu i sprawach pokrewnych. Zacznę od tego, że pochwała należy się wydawnictwu Napoleon V za okładkę. Oczywiście wykorzystanie obrazu Carla Röchlinga samo się narzucało. Książkę naprawdę przyjemnie trzyma się w ręku. Drugą rzeczą, za którą również należą się słowa uznania, są mapki, zwłaszcza taktyczne, przedstawiające poszczególne bitwy. Najbardziej podoba mi się mapka bitwy pod Wrocławiem, zamieszczona na s. 145. Nieco gorzej wygląda sprawa z mapkami operacyjnymi, które nie zawsze są jasne i w niektórych przypadkach nie pokrywają się z tekstem książki. Pod względem ilości literówek nie jest źle, ale i nie jest szczególnie dobrze. Do tłumacza, już po raz kolejny, muszę zgłosić uwagę co do „Saksończyków”. Otóż, w moim głębokim przekonaniu, forma poprawna dla nazwy mieszkańców Saksonii to „Sasi”, a przymiotnik od niej to „saski”, a nie „saksoński” (i tak np. mówimy o „okresie saskim” w Polsce, a nie o „okresie saksońskim”, w Warszawie mamy Ogród Saski i resztki Pałacu Saskiego, a dawniej mieliśmy Plac Saski). Zwraca uwagę bogata bibliografia, zawierająca wiele pozycji źródłowych. Wart wspomnienia jest również szczegółowy wykaz jednostek (pułków i samodzielnych batalionów) walczących armii, znajdujący się na początku książki. Autor podał, które jednostki walczyły w której z wielkich bitew (Rossbach, Wrocław, Lutynia). W przypadku kawalerii i niektórych jednostek piechoty wprowadzone zostały bardzo poręczne oznaczenia literowe wg rodzaju oddziału (K – kirasjerzy, D – dragoni, H – huzarzy, WB – wolne bataliony itp.), po czym po literze (literach) następuje liczba – numer jednostki nawiązujący do spisu, co pozwala uniknąć powtarzania w tekście długich nazw, a jednocześnie podać precyzyjnie, gdzie która jednostka stała czy walczyła.

Podsumowując, znakomita książka zarówno do czytania, jak i do studiowania. Dobra zarówno dla znawców tematu, jak i dla tych, którzy nie interesowali się wcześniej wojną siedmioletnią. Niezbyt długa, ale treściwa. Szeroko ukazująca nie tylko tytułowe batalie, ale także operacje, które do nich doprowadziły, oraz mniej znane bitwy i inne epizody wojenne, mające miejsce w tym czasie. Autor nie zawsze daje jednoznaczne odpowiedzi co do różnych kwestii istotnych dla przebiegu i oceny opisywanych wydarzeń, pozwalając na to by czytelnik sam wyciągał wnioski. Ci, którzy lubią takie podejście, powinni być szczególnie usatysfakcjonowani.

Autor: Raleen

Opublikowano 19.04.2016 r.