Iganie 1831 (Dragon Hobby)

  • PDF
  • Drukuj
  • Email

„Dragon Hobby” (5) 1/99

Gra „Iganie 1831” ukazała się w ramach 5 numeru czasopisma Dragon Hobby. Stanowi ona rozszerzenie „Waterloo 1815” Dariusza Góralskiego i symuluje znaną bitwę powstania listopadowego, stoczoną pod tytułową miejscowością, gdzie wojska polskie, pod dowództwem gen. Ignacego Prądzyńskiego, pokonały liczniejsze od nich siły rosyjskie gen. Rosena. Zasady gry opierają się na „Waterloo 1815”. Jedyne występujące w nich odmienności wynikają z charakteru samej bitwy. Gracze dostali więc wówczas do rąk coś, co było im znane.

Grafika gry to plansza i żetony. Oba elementy zostały zrobione podobnie jak w pozostałych rozszerzeniach gier Dragona. Nie oceniam ich ani szczególnie pozytywnie, ani szczególnie negatywnie. Można powiedzieć, że zostały zrobione na miarę czasów, w których powstawała gra. Rażą za to błędy na żetonach, przede wszystkim we współczynnikach, ale bywa też, że jednostka artylerii na awersie żetonu oznaczona jest jako piesza, a na rewersie jako konna. Największy zarzut można sformułować tutaj w stosunku do planszy – autorzy zapomnieli napisać, które krawędzie zawierają pola A, a które B (współrzędne do początkowego rozstawienia żetonów w grach Dragona wyglądały zwykle tak, np. A38 B17 – jeśli nie ma podane, który rząd jest A, a który B, powstaje problem). Na szczęście rozstawienie wojsk jest na tyle proste, że gracze obeznani jako tako z historią, po przeczytaniu komentarza historycznego z czasopisma, mogli się łatwo zorientować, co gdzie powinno zaczynać.

Odmiennością gry w stosunku do wielu innych jest jej rozmiar – niewielka plansza i mała ilość żetonów. Z tych powodów wręcz nazywana jest przez niektórych „pociągową”. Spokojnie nadaje się do takich celów – można ją mimo małej ilości miejsca rozłożyć, i dość szybko ukończyć.

Przykładowe żetony

Ponieważ wojsk jest w grze niewiele, a zasady oparte na „Waterloo 1815”, widoczna jest spora losowość całej rozgrywki, na pewno większa niż w innych grach systemu. Dla grających wcześniej w „Waterloo 1815” może to być ciekawe doświadczenie po większej grze sięgnąć po mniejszą.

Szanse stron wydają mi się trochę przechylone na stronę polską – autorzy postarali się, aby wynik rozgrywki był na ogół taki jak w historii. Trochę sztucznie manipulowali tu zwłaszcza współczynnikiem morale, bardzo dołując pod tym względem Rosjan. Gra może być moim zdaniem ciekawa, a ze względu na swoje rozmiary na pewno dobrze nadaje się jako przerywnik między obszerniejszymi pozycjami oraz do wprowadzenia nowych osób. Trudno udzielić uniwersalnych porad jak wygrać, jednak grając Rosjanami trzeba przede wszystkim na początku zebrać siły i przeczekać. Można też starać się chować w zasięgu stojącej na drugim brzegu silnej rosyjskiej artylerii. Z kolei Polacy powinni wykonywać szybkie koncentryczne ataki oraz odpowiednio wykorzystać siły, zwłaszcza swój jedyny pułk kawalerii – ułanów gen. Kickiego. Ponieważ gra nie należy do rozbudowanych oraz nie ma własnych, odrębnych zasad, to i podstawowa część recenzji nie może być długa.

Na koniec chciałem się za to, na kanwie „Igań 1831”, zająć trochę szerzej problemem odwzorowania realiów bitew okresu napoleońskiego i powstania listopadowego. Na początek pozwolę sobie przytoczyć opis szarży naszego jedynego występującego w tej bitwie pułku kawalerii – ułanów Kickiego – na kawalerię rosyjską:

Jako pierwszy natarcie rozpoczął polski ułanów. Wkrótce po nim do szarży ruszyli huzarzy. Rosyjska kawaleria nacierała szerokim i głębokim frontem rozwiniętych szwadronów. Wrangel i Władimirow chcieli prawdopodobnie oskrzydlić, a następnie otoczyć nieliczną polską kawalerię i działa Orłowskiego. Trafili jednak na bardzo dobrego dowódcę kawalerii w osobie Kickiego, który koordynował działania obydwu dywizjonów 2. puł, tj. Mycielskiego i Borowego. Kicki pisał w jednym z listów: „Wiedziałem, że na białych moich ułanów [od barw wyłogów i czapek – T.S.] liczyć mogę. Spokojnie, z zimną krwią wydałem rozkaz przypuszczenia Moskali na pięćdziesiąt kroków przed nasz front. Spostrzegłszy, jak stoimy, husarzy i ułani moskiewscy zwalniać napad i wahać się zaczęli. W lot uchwyciłem tę chwilę i przypuściłem gwałtowną szarżę.” Dwa szwadrony Mycielskiego uderzyły gwałtownie na prawoskrzydłowe szwadrony rosyjskich ułanów, gdy tymczasem z drugiej strony szosy szwadrony huzarów szarżowały na działa Orłowskiego. Ich szybki ogień kartaczowy nie zatrzymał Rosjan.

Rozstawienie początkowe

Gdy już się wydawało, że huzarzy dopadną dział, niespodziewanie na ich lewe skrzydło wpadły dwa szwadrony Borowego, które prawdopodobnie w trakcie ruchu rozwijały swoje szyki z kolumny trójkowej. Ich uderzenie było nie mniej gwałtowne niż szwadronów Mycielskiego. Jak wspominał Kicki, bój pod Domanicami był wyjątkowy w dziejach kawalerii, gdyż żołnierze polscy i rosyjscy przez 10 minut nie rozproszyli swoich szyków i raz po raz uderzając na „miejscu mordowali”. Sytuacja taka rzeczywiście mogła mieć miejsce, gdyż Polacy zaatakowali, jak wiadomo, skrzydła ugrupowania rosyjskiej kawalerii nie ruszając środka. Szybko ponawianymi szarżami, być może w kolumnach (patrz przypis 493), 2. puł stopniowo kruszył skrzydłowe szwadrony jazdy nieprzyjacielskiej, aż wreszcie centrum zaczęło się „…mięszać, wahać, nareszcie zawróciło konie”. Na całej linii rozpoczęła się zaciekła rąbanina i indywidualne pojedynki, w których dominowali lepiej wyszkoleni ułani polscy operujący lancami, np. dowódca polskiego puł płk baron Wrangel został trzykrotnie raniony tą bronią. [...]

Kicki, mając swoje szwadrony zaangażowane w boju w całkowitej rozsypce po obu stronach szosy, dostrzegł w pewnym momencie, że obecne we wsi szwadrony rosyjskie zaczęły przygotowywać się do wsparcia walczących. Zdawał sobie sprawę, że „najmniejszy incydent mógłby przeważyć szalę na naszą niekorzyść”, a z pewnością zaangażowanie w bój kolejnych szwadronów rosyjskich mogło stać się owym „incydentem”, zdecydował się na niezwykle ryzykowne przedsięwzięcie. Powiedział do swojego sztabu: „Teraz nasza kolej”. Zebrał oficerów sztabowych, adiutantów, ochotników z baterii Bema, która zajmowała właśnie pozycje w pobliżu wzgórza, gdzie stały działa Orłowskiego, i z nielicznymi ułanami na czele popędził wprost do Domanic! Jadąc między zabudowaniami, których podwórza były zapchane huzarami i ułanami rosyjskimi, Polacy krzyczeli „z koni!, z koni!” i o dziwo poskutkowało. Jak pisał Prądzyński, żołnierze rosyjscy „…potracili głowy przed tą natarczywością, przed takim zuchwalstwem. [...]” (Tomasz Strzeżek, Polska ofensywa wiosenna w 1831 roku, Olsztyn 2002, s. 197-198).

Widzimy tu, że o wyniku walki zadecydowały zupełnie inne elementy – takie, których nie oddaje system „Waterloo 1815” i co za tym idzie są one nie do powtórzenia w grze Dragona. Po pierwsze pułk naszych ułanów podzielony został przed szarżą na dwa dywizjony, z których każdy zaatakował jedno skrzydło ugrupowania kawalerii przeciwnika. Tutaj autorzy mogli zatem zbliżyć się do realiów rozdzielając pułk ułanów Kickiego na dywizjony i przedstawiając go w postaci dwóch żetonów. Po drugie, z opisu widać, że całe ugrupowanie kawalerii rosyjskiej tworzyło jedność. Tylko oba skrzydła ścierały się z Polakami, których było niewielu, podczas gdy centrum stało, starając się utrzymać linię. W grze będzie zwykle inaczej – każdy pułk będzie manewrował osobno. Takie postępowanie jak w cytowanym opisie można złożyć na karb słabszego wyszkolenia taktycznego kawalerii czy lepszego dowodzenia kawalerią u Polaków (generał Ludwik Kicki był jednym z najwybitniejszych dowódców jazdy) jednak jest to element nieuwzględniony w grze, ale i trudny do uwzględnienia.

Początkowa faza bitwy. Rosjanie bronią się wokół zabudowań wsi Iganie, na które szturm przypuszczą wkrótce kolumny polskiej piechoty. Polacy osłaniają się z prawej strony tyralierami, od ognia artylerii rosyjskiej strzelającej zza rzeczki (w grze nie jest ona oddana za pomocą żetonów). U góry planszy, drogą nadciągają Rosjanom uzupełnienia

Inną rzeczą, której zupełnie zasymulować się nie dało, jest szaleńcza akcja sztabu Kickiego i grupki naprędce zebranych ochotników, opisana pod koniec cytowanego fragmentu. Jednocześnie widać tutaj, że po stronie rosyjskiej w bitwie uwidoczniło się zbiorowe morale całego ich korpusu – klęska kilku oddziałów osłabiła zdecydowania chęć walki pozostałych. Po rozbiciu przez Kickiego części kawalerii rosyjskiej reszta walczyła już z mniejszym zapałem, łatwo idąc w rozsypkę.

Ponadto, skala gry ujawniła i inne mankamenty zasad. Przede wszystkim powstaje kwestia strat, które są bardzo duże w proporcji do siły oddziału, i albo oddział je ponosi albo nic nie traci. Kolejny problem to siła artylerii – w „Iganiach 1831” artyleria strzela na tyle słabo, że nie jest w stanie odegrać większej roli. Zwłaszcza w przypadku baterii Bema aż się prosi, żeby jej to umożliwić. Zawiódł tutaj chyba automatyczny sposób przeliczania liczby dział na siłę przeniesiony wprost z „Waterloo 1815”. Baterie polskie i rosyjskie często były mniej liczne w powstaniu listopadowym niż francuskie w epoce napoleońskiej, stąd chyba należało trochę inaczej przeliczać albo zmodyfikować tabelę.

Jeszcze inna sprawa to kwestia morale. Otóż Rosjanie zostali w grze mocno „zdołowani”, bo w większości mają morale 2 albo 3. Problem polega na tym, że wojska rosyjskie, które walczyły z Polakami nie były tak źle wyszkolone, jak na to wskazuje ich morale, natomiast znajdowały się od kilku dni w głębokim odwrocie, i to mogło nadwerężać ich wolę walki. Podsumowując, powinni walczyć słabiej – z takim modyfikatorem jaki mają, natomiast nie powinni się tak łatwo dezorganizować, jak by to wynikało z ich współczynników. Wychodzi tu moim zdaniem, po raz kolejny, dwoistość pojęcia morale, które w „Waterloo 1815” jest zarazem współczynnikiem określającym wyszkolenie oddziału i jego stan psychiczny.

Dyskusja o grze na FORUM STRATEGIE

Autor: Raleen
Zdjęcia: Raleen

Opublikowano 14.10.2006 r.

Poprawiony: wtorek, 08 marca 2011 08:13